20 lip 2017

Rozdział 8

Ethan nie potrafił zasnąć. Kolejna godzina mijała mu na przekręcaniu się z boku na bok, poprawianiu starej poduszki, słuchaniu rzęchu zużytych, metalowych krat. Z każdą chwilą noc zdawała się dłuższa o dwie, gwiazdy coraz bardziej blade, ciemność coraz bardziej chciwa. I nie chodziło tu już o niewygodny materac, zimno, wilgoć, samą aurę tego miejsca. Wszystko to zeszło na drugi plan, stało się wyjątkowo nieistotne, kiedy wraz z kompletną ciszą, która choć nieunikniona, przyszła zbyt wcześnie, pojawiła się fala myśli i niepokoju.
Wszystko to, co planował, o czym śnił i marzył, cała ta ciężka praca poszła na marne, kiedy do gry wkroczyły uczucia i impulsy. Nie mógł ot tak tego zostawić. Każda łza Paige sprawiała, iż miliony szpilek przekuwało serce Ethana, każdy szloch dziewczyny doprowadzał go do pasji, którą nigdy nie oczekiwał pałać do nikogo, a cały ten czas, który spędzał na bezowocnych próbach uspokojenia dziewczyny, sam wcisnął mu broń do ręki.
Jednak udało się. Strach, który rozdzierał zagubioną duszę dziewczyny, ustąpił. Ból, który nie pozwalał jej zmrużyć oka w nocy, odpuścił. Przez jedną chwilę wszystko było w porządku, tak jak przed tym całym bałaganem, który nieproszony wtargnął w ich życie. Mogła zamknąć oczy, uśmiechnąć się, a żaden demon nie odważył się szepnąć choćby słówka do jej ucha. Tak błogie uczucie ogarnęło całe jej wnętrze, nie mogła się nim nasycić.
Och, niestety trwało to tylko jedną chwilę.
Okiełznany ocean uczuć ponownie się wzburzył, kiedy do Paige dotarło jaką cenę jej ukochany poniesie za jej pojedyncze wytchnienie ulgi. Jeden strach zastąpił inny. Fala bólu tym razem okazała się jeszcze silniejsza niż przedtem. Błogość uciekła, kiedy żal zaczął wypełniać dziewczynę goryczą.
Ethan znowu patrzył na jej niepokój, lęk. Wszystko to ponownie zapuściło korzenie w jej sercu, krzyczało z oczu, które po raz kolejny błyszczały słonymi łzami. A przecież walczył o to, żeby to zniknęło.
Miał już dość.
Mężczyzna podniósł się z niewygodnego posłania i spojrzał na niedużą lampkę, która czerwonym światłem jarzyła się tuż nad zatrzaśniętymi kratami. Poza nią niczego nie dało się dostrzec. Przesunąwszy butem po betonowej posadzce, usłyszał piach i kurz, które chrzęściły pod podeszwą, a w odległości mniejszej niż wyciągnięcie ręki, napotkał kolejną metalową konstrukcję, która jeszcze jakiś czas temu służyła więźniom za łóżko. Wywnioskował to po silnym odorze potu, wyraźnie emanującym od starego materaca. Może jeszcze nie zdążyli go wyprać? Albo w ogóle nie zamierzali tego robić?
Wiedział, że cela, w której jest samotnie, to tylko chwilowe rozwiązanie. Zapewne za dzień, tydzień lub dwa, albo trafi do innej celi, albo jego cela przyjmie nowych gości.
Nie chciał tego. Nie chciał żadnego kontaktu z innymi więźniami. Nie chciał tu być. Musiał się stąd wydostać.


:::


Michael patrzył na chaos, który panował w stołówce. Przyglądał się nowicjuszom, którzy za wszelką cenę chcieli pokazać, że zasługują na respekt, że mają prawo do życia. Aż się uśmiechnął, przypominając sobie czasy, w których to on był na ich miejscu. Wręcz się wzruszył, kiedy jego myśli opanowały wspomnienia pierwszej bójki, pierwszej nocy w izolatce. Od dnia, w którym przekroczył próg więziennej celi, zmieniło się tak dużo.
Strażnicy zareagowali już po kilku chwilach. W ruch poszły pałki i pięści, a sali nie wypełniały już odgłosy uderzeń i urywane oddechy. Zastąpiły je wrzaski pełne bólu, rozdzierały one gęste powietrze. Przekonał się na własnej skórze, jak nieprzyjemne potrafi być tak bliskie i niespodziewane spotkanie z klawiszami. Przez chwilę nawet zapiekła go blizna, którą po sobie zostawili.
Minęła minuta, może dwie, a po bójce nie było śladu. Uczestnicy, którym kara się upiekła, jedynie otarli rękawami kombinezonów stróżki krwi, które niezwykle powoli sączyły się z ich nosów. Wszyscy, jak gdyby nigdy nic, rozeszli się do stołów, zatapiając widelce w czymś, co zwykli nazywać jedzeniem.
Wzdychając, sam zajął miejsce na brudnej ławce. Przetarłszy oczy, raz jeszcze rozejrzał się po sali. Wciąż nie mógł wyjść z podziwu. To, jak szybko puls tego miejsca wracał do normy, było szokujące. W jednej chwili Tartar ukazywał swe najgłębsze otchłanie, by w kolejnej je zamknąć, wyrzucając wszystkich, którzy ośmielili się do nich wejść.


:::


Ethan siedział przy stoliku, który umiejscowiony był w szarym, zakurzonym kącie stołówki. Choć w pomieszczeniu znajdowało się wielu innych więźniów, siedział sam, co jak najbardziej mu odpowiadało. Nie wiedział, jak długo będzie mógł się tym cieszyć, więc napawał się swoistą samotnością, względną ciszą i spokojem umysłu dokładnie tyle, ile mógł. Wiedział, że wraz ze zmierzchem przyjdą myśli, które całym sobą starał się trzymać z daleka.
Miejsce naprzeciw niego zajął jeden z więźniów. Nie zwracał na mężczyznę uwagi. Zwyczajnie postawił tacę, po czym skutymi dłońmi próbował jeść.  Riley poczuł, że dreszcze biegną w dół jego kręgosłupa. Co musiał zrobić, by nie zdjęli mu kajdanek? Po zakładzie krzątali się mordercy, których uważano za bezwzględnych, gwałciciele, złodzieje, którzy niszczyli doszczętnie niewinne istnienia, jednak nikt w stołówce nie był skuty. Ten posiłek, ta godzina była niczym namiastka wolności, którą im odebrano.
Czego musiał się dopuścić, by nie zasługiwał nawet na te nędzne resztki?
Włosy na rękach Ethana najeżyły się, a instynkt kazał mu się cofnąć. Jednakże mężczyzna jakby zamarzł, ani jeden z jego mięśni nawet nie drgnął, choć jego wnętrze krzyczało "wynoś się stąd!".
Więzień w kajdankach uniósł wzrok, a jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem drugiego. Oczy osadzonego delikatnie błyszczały, zdawały się nie wyrażać żadnych emocji. Były tak spokojne, ich błękit przypominał o falach morskich, które swym szumem koiły wszelkie zmartwienia. Zdawał się być zagubionym dzieckiem, które dostało zbyt surową karę jak na swój wybryk.
Pierwsze wrażenie zostało jednak zniszczone już chwilę później.
Odepchnąwszy tacę, mężczyzna rzucił się Ethana, przenosząc obie ręce na boki jego szyi. Łańcuch, który łączył dwie srebrne obręcze na jego nadgarstkach, w ciągu kilku sekund zaczął uciskać krtań ofiary, odcinając jej dopływ powietrza.
Ławka, na której siedział Riley poleciała do tyłu. Więzień mocno i gwałtownie uderzył plecami o brudną podłogę, a wokół niego zaczął unosić się kurz. Nie zdążył on nawet wziąć oddechu, gdyż przeciwnik ponownie go zaatakował. Rozszerzył dłonie na tyle, na ile pozwalały mu kajdanki, po czym szybkim ruchem docisnął je do betonu po obu stronach szyi leżącego.
Powietrze po raz kolejny zatrzymało się w jego płucach. Nie myśląc zbyt wiele, działając odruchowo, chcąc zachować swoje życie, zacisnął palce na nadgarstkach napastnika. Pragnął ruszyć je choćby o milimetr, tak by złapać najmniejszy oddech, z wielką determinacją odpychał więźnia. Wszystkie jego mięśnie się napięły, żyły na rękach stały się jeszcze bardziej widoczne, pulsowały tuż pod skórą. Jednak wszelka siła, jaką dał radę w sobie zgromadzić, była niczym, kiedy przyrównywało się ją do wzburzonego oceanu, który krył się w oczach skutego więźnia. Szalała na nim burza, pioruny ciskały o wodę, fale uderzały jedna o drugą.
Musiał się poddać, dalsza walka była bez sensu. Nie był w stanie nawet zrównoważyć sił przeciwnika, a co dopiero ich przezwyciężyć. Powoli rozluźnił palce i zamknął oczy, a gorycz porażki opanowała całe jego wnętrze.
Złamał obietnicę, jaką złożył jedynej osobie, której miał zamiar jej dotrzymać. Dał za wygraną. Odpuścił.
Kiedy jego dłonie opadły na betonowe podłoże, oddech nagle wrócił. Oszołomiony zachłysnął się powietrzem, gwałtownie unosząc klatkę piersiową, po czym uchylił powieki. Wszechobecny chaos jakoś go omijał, zupełnie jakby wokół jego osoby powstał mur. Na początku nie słyszał krzyków strażników, którzy odciągali napastnika, wiwatujących więźniów, którzy pragnęli dalszej walki i krwi, która choć głośno bębniła w jego uszach, umknęła jego zmysłom.
Gdzieś w oddali ponownie rozpoczęła się bójka, a kurz na podłodze ponownie nasiąknął krwią.


:::


Michael był z lekka zdziwiony, kiedy elektryczny zamek u drzwi jego celi zaczął trzeszczeć. Prąd w nim na chwilkę przestał płynąć, przez co ustąpiły. Jego oczom ukazał się strażnik. Wyglądał na zmęczonego, wręcz ospałego, jednak wystarczyłaby chwila, odrobina adrenaliny, krótki impuls, by senność uciekła z jego powiek. Pracownicy więzienia w Goulburn byli niebezpieczniejsi niż wielu więźniów zakładu karnego, wyszkoleni na bezwzględne maszyny, posłuszne rozkazom danym z góry.
Nie była to opinia. Był to fakt. 
Klawisz zrobił krok w przód, wypychając przed siebie więźnia w pomarańczowym kombinezonie. Był on pochylony, a jego zakute ręce były wygięte w taki sposób, że wyprostowanie się było dość bolesne. Zdjąwszy dwie srebrne bransolety z nadgarstków podopiecznego, strażnik wyszedł z celi i zatrzasnął jej drzwi, po czym upewnił się, iż są zamknięte, szarpiąc nimi kilka razy.
Mężczyzna rozmasował sine pręgi i wyprostował się, stając twarzą w twarz z nowym towarzyszem. Usta Michaela mimowolnie wykrzywiły się w uśmiechu.
— Widziałem sytuację ze stołówki — zaczął Clifford, siadając na twardym materacu swojej pryczy. — Cholera, w ten sposób długo tu nie posiedzisz.
— Nic mu nie zrobiłem.
— O tym mówię.
Ethan zmarszczył brwi, po czym usiadł na łóżku, które znajdowało się naprzeciw tego, które zajmował Michael. Nie potrafił zrozumieć sposobu, w jaki działało to miejsce. Wydawało się to oczywiste – przetrwają najsilniejsi, cała reszta zginie i nikt nie będzie wiedział gdzie i kiedy. Jednak to jest tak proste tylko wtedy, kiedy patrzy się na to z daleka, zza ogrodzenia, na filmie. Po wejściu w tryby więzienia, poznaniu jego rytmu, wszystko straciło sens. 
Mike westchnął.
— Uległeś po raz kolejny. Znowu sobie nie poradziłeś. Jak tak dalej pójdzie, pozbędą się ciebie — kontynuował z wyrzutem, wpatrując się wprost w oczy Rileya. — Jeśli nie załatwią cię więźniowie, zrobi to zakład. Wciąż się dajesz, nie walczysz, z litości cię sprzątną, a ty im jeszcze za to podziękujesz. Nie jesteś pierwszym, który starał się być bezkonfliktowy. I jeszcze żadnemu się to nie opłaciło.
— Więc co mam zrobić?
— Wstań.
Ethan podniósł się, patrząc z góry w oczy Michaela, a metalowy stelaż jego łóżka zaskrzypiał. Clifford również wstał,  jego posłanie wydało tak samo nieprzyjemne dźwięki. Mężczyźni byli niemalże równego wzrostu, postury również mieli podobne.
— Czemu nie walczyłeś?
Nastąpiła chwila ciszy, mężczyzna jakby zbierał odpowiednie słowa, układał je w głowie, tak by jego odpowiedź wyrażała dokładnie to, co miał na myśli.
— Nie spodziewałem się tego — przyznał Ethan, drapiąc się po karku. — Kiedy uzmysłowiłem sobie, co się dzieje, było już po wszystkim.
Michael przez kilka sekund milczał. Przyglądał się rozmówcy, zastanawiał się, studiował jego słowa, analizował je.
— Więc sądzisz, że gdybyś był na to przygotowany, dałbyś sobie radę? — zapytał ostrożnie, na co Riley niepewnie pokiwał głową. — Czyli gdybyś spodziewał się, że cię uderzę, zareagowałbyś, tak? Żadnego chowania głowy w piasek, pozwalania sobie na to, tylko walka, od której zależałoby twoje przetrwanie.
— Tak.
Odpowiedź padła niemal od razu. Ethan jej nie przemyślał, była ona spontaniczna i mężczyzna sam nie był pewien, czy tak właśnie by zrobił. Wiedział za to, że tak należałoby postąpić, że tak powinien był postąpić tego popołudnia.
Na tłumaczenia było jednak zbyt późno.
Opuściwszy wzrok, nowicjusz zauważył, że Michael zaciska pięść. Zszokowany ponownie spojrzał w jego oczy, ale nie znalazł w nich ani odrobiny zawahania. Minęła sekunda, może dwie, kiedy Ethan poczuł rozrywający ból związany z uderzeniem, które wycelowane było wprost w jego szczękę.

28 mar 2017

Rozdział 7

Mężczyzna miał wrażenie, iż samochód, w którym się znajdował, wjeżdżał na każdy kamień, jaki leżał na jego drodze. Wciąż się kołysał, coś w nim stukało, trzęsło się, przez co on sam nie mógł siedzieć stabilnie. Nie miał  jak się temu oprzeć, musiał przyjmować wszystko, jedynie zaciskając zęby. Jego ręce były zakute w kajdanki, swoje miejsce znalazły na kolanach. Pięści były zaciśnięte tak mocno, że aż posiniały, a zbyt długie paznokcie wbijały się w skórę dłoni. Nie chciał ich rozluźniać, był przekonany, że tylko ból jest w stanie utrzymać go przy człowieczeństwie. Wiedział też, iż nie znajdzie go za bramami więzienia, więc chciał trwać przy nim tak długo, jak tylko mógł. Czuł okropny wstyd na samą myśl o tym.
Jego życie wydawało się idealne, a przynajmniej dostało miano takiego w oczach wielu ludzi. Oburzenie, jakie wywołała jego zbrodnia wręcz go śmieszyło. Każdy łapał się za głowę, pytał jaki był tego cel, jednak nikt nie zwracał uwagi na oczywiste rzeczy, nikt nie widział bólu w jego oczach, cieni pod nimi, które stawały się jeszcze ciemniejsze po każdej z nieprzespanych nocy, nikogo nie obchodziły łzy, które wsiąkały w materiał jego idealnie wyprasowanej koszuli. Musiał sam zmierzyć się z mrocznymi zakamarkami swojego umysłu, cierpieniem, które potęgowało poczucie winy. Potrzebował to wszystko uciszyć, uspokoić, ulgę mogła mu dać tylko jedna rzecz, a przynajmniej tak myślał.
I nie mylił się. Wszystko to jakby ucichło z pierwszym pociągnięciem za spust, przy kolejnym czuł się tak lekki, jakby był otumaniony, z trzecią kulą odeszły wszelkie troski, a każda kolejna bezmyślnie goniła poprzednią. Czuł wielką satysfakcję, kiedy opuszczał rozgrzaną broń, a ścianę przed nim pokrywała krew, której stróżki leniwie sączyły się w dół. Był taki lekki, mimo tego zdawał sobie z tego, co zrobił i jaki był tego cel.
Pamiętał ten dzień tak dokładnie, zupełnie jakby to wszystko miało miejsce jeszcze wczoraj, dłonie, które trzęsły mu się bez przerwy, ten strach, że ktoś go złapie i pójdzie siedzieć. Jednak on odszedł, bo mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że zrobił dobrze. Jeszcze tego samego dnia, chowając pistolet w kieszeni brązowego płaszcza, zgłosił się na policję.
Niczego nie ukrywał. Podał miejsce, ofiarę, motyw, wyciągnął zza pazuchy broń, której lufa wciąż była ciepła. Do tej pory nieco śmieszyło go to, jak śledczy, którego zadaniem było przesłuchać mężczyznę, cofnął się, gdy ten ze stoickim spokojem powiedział:
— Jest pusty. Wszystko wyładowałem w tym bydlaku.
To, co zdarzyło się po tym, wydawało mu się jedynie snem. Wspomnienia pobytu w areszcie śledczym były jakby rozmyte, nie potrafił się dopatrzeć w nich szczegółów, cała rozprawa przypominała mu marę, która znika bez reszty wraz z otworzeniem oczu. Sam wyrok nie miał dla niego tak wielkiego znaczenia, jak świadomość rzeczy i osób, które zostawia. To właśnie dla nich dopuścił się zbrodni, choć tak naprawdę poświęcił się dla tylko jednej.
Jednak to niczego nie zmieniało. Ethan Riley, mężczyzna, któremu wszyscy wróżyli świetlaną przyszłość, którego ambicje i determinacja miały zaprowadzić na sam szczyt trafił do więzienia, burząc wszystko, na co tak ciężko pracował od najmłodszych lat.
Jednak gdyby mógł cofnąć czas, zrobiłby to jeszcze raz, jednak zadałby dużo więcej bólu, odpłacając się za krzywdy, których dopuściła się jego ofiara.
Samochód się zatrzymał. Po chwili do Ethana dobiegł trzask zamykanych drzwi kabiny i zgrzyt zamka. Mężczyzna został zaprowadzony przez dwóch strażników wprost do ogromnego pomieszczenia, przepełnionego odorem potu i stęchlizny, powietrze było od nich aż gęste. Kiedy w końcu został rozkuty, rozmasowawszy nadgarstki, ruszył w stronę jedynego wolnego stolika, który miejsce swe miał na samym końcu pomieszczenia. Wydawało mu się trochę dziwne, że w takim miejscu może zaznać odrobiny przestrzeni, jednak nie martwił się tym zbyt długo. Po prostu ją miał, to mu wystarczyło.
Zaciskał pięści i je rozkurczał, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Adrenalina wydawała się krążyć po jego ciele z każdą kroplą krwi, jednak nie potrafił zrozumieć czemu. Myśl o tym, że teraz naprawdę stał się więźniem, wyrzutkiem społecznym, osobą, którą jeszcze jakiś czas temu by gardził, działała na niego znacznie bardziej, aniżeli płachta na byka. Był tak bardzo pobudzony, każdy z jego mięśni pulsował boleśnie, zmysły były wyostrzone, czuł się jak na polowaniu, na którym najwyższą nagrodą był właśnie on.
Ktoś trącił jego ramię, na co od razu się odwrócił. Napotkał wzrokiem postawnego mężczyznę, któremu zbyt długie włosy opadały na czoło. Był jednym z więźniów, na co wyraźnie wskazywał pomarańczowy kombinezon opinający jego barki. Wydawał się być jak każdy tutaj – zbyt brudny i winny, by Ethan mógł utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Zdawało mu się, iż patrzył w oczy najprawdziwszemu diabłu, kiedy on sam liczył się jako jeden z nich.
— Zająłeś moje miejsce. — Więzień odezwał się niskim, nieco zachrypniętym głosem, lekko pochylając się nad nowicjuszem. Oblizawszy wargi, dodał: — Masz trzy sekundy, żeby się przesiąść.
Jednak Ethan był jakby sparaliżowany. Nie miał kontroli nad swoim ciałem, po prostu siedział, choć z całej siły pragnął się ruszyć, ustąpić mężczyźnie. Gula w jego gardle wciąż rosła, a ten nie miał nawet siły, by ją przełknąć.  Czuł się tak, jakby był marionetką na sznurkach, za które uparcie nikt nie chciał pociągnąć.
— J-ja...
— No co? Głuchy jesteś? A może potrzebujesz pomocy? — prychnął więzień, unosząc zaciśniętą pięść.
Nowicjusz skulił się, oczekując uderzenia. Zamknąwszy oczy, zacisnął zęby i napiął niemalże każdy mięsień. Miał nadzieję, iż to pomoże zmniejszyć ból. Nie dbał o upokorzenie, które sam zsyłał na siebie, myśl o nim wyprzedził instynkt. Chciał przetrwać, musiał przetrwać, obiecał jej przetrwać.
Nie wiedział co się dzieje, kiedy cios nie nadchodził przez dłuższy czas. Niepewnie uniósł powieki i spojrzał w górę. Ogromna pięść była uniesiona w górę, palce zaciskały się bardzo mocno. Powstrzymywała ją druga ręka, równie silna, która oplatała siny nadgarstek.
Łysy, ohydny i odrażający więzień został powstrzymany przez innego. Ciemne niczym smoła, nieco przydługie włosy opadały na jego skronie, niektóre kosmyki uparcie cisnęły się mu wprost do oczu. To jednak nie przeszkadzało mężczyźnie – wytrwale wpatrywał się w nieobecne źrenice tego postawniejszego, bardziej przerażającego. Nie miał zamiaru mu ustąpić. Miał zamiar go zmusić do poddania się.
O dziwo, udało mu się. Po dłuższej chwili zaciśnięta dłoń opadła wzdłuż sylwetki agresora, który oddali się, piorunując wzrokiem zarówno Ethana, jak i jego... obrońcę?
— Dzięki — odparł wdzięcznie, spoglądając na więźnia. Ten nie odpowiedział, jedynie usiadł naprzeciw mężczyzny.
Ethan przyglądał mu się bacznie. Kilka głębokich, świszczących oddechów opuściło usta więźnia, wzrok utkwiony był w złożonych rękach, które z kolei spoczywały na zakurzonym stole. Przymierzał się, aby coś powiedzieć, jednak za każdym razem rezygnował, jakby słowa, które układał w zdania traciły sens.
— Co tu robisz? — w końcu zapytał, spoglądając w oczy Rileya. — Co zrobiłeś? Czym zawiniłeś?
Mężczyzna wziął głęboki oddech, samemu sobie zadając to pytanie. On jedynie chciał sprawiedliwości, zawinił pragnieniem wyrównania rachunków. Jedynie wybrał do tego zły sposób, zgubił się gdzieś i sam nie był pewien czy zrobił dobrze, czy źle.
— Wiesz, miałem żonę. Przepiękną, wiecznie uśmiechniętą Paige... — westchnął, przecierając oczy. Zbyt długo dusił w sobie całą historię, potrzebował wyrzucić ją z siebie. Nawet jeśli tak naprawdę nie znał swojego rozmówcy. — Nie mogę powiedzieć, że było między nami idealnie – kłóciliśmy się, był okres, kiedy chcieliśmy nawet zakończyć związek, jednak nie potrafiliśmy bez siebie żyć. Trochę jak Róża i Książę, wspólnie życie jako nasza własna bajka. — Westchnął z lekkim uśmiechem, jednak po chwili wyraz jego twarzy stał się obojętny, a wręcz oziębły.
 — Było coraz lepiej, byliśmy coraz szczęśliwsi. Wierz mi, nigdy nie przypuszczałem, że uda nam się to osiągnąć. Jednak pewnego dnia wszystko to padło. Wróciłem z pracy wcześniej, myślałem, że spędzimy wieczór oglądając jakiś film czy cokolwiek innego. Jednak kiedy zobaczyłem Paige nic nie zapowiadało się tak, jak planowałem. Ona była cała roztrzęsiona, nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa, krztusiła się łzami.
Głos Ethana zadrżał, sam nie był pewny czy chce mówić dalej. Wspomnienia zdawały się być nowymi strzałami, które sam oddawał. Nie pozwalał sobie odpocząć, nie pozwalał zabliźnić się poprzednim ranom. Wciąż je rozdrapywał, jakby tylko ból był w stanie zrozumieć jego niespokojne myśli.
— Znałem go. Doskonale znałem bydlaka, który zgwałcił moją żonę — powiedział szeptem, przełykając gorzkie łzy.
Wciąż nie potrafił zrozumieć jak wielkim bydlakiem trzeba być, aby zrobić coś takiego.
— Nie miałem zamiaru czekać aż policja coś z tym zrobi. Wiem, że nie zrobiłaby dużo, a on już za kilka miesięcy znowu skrzywdziłby kogoś. Nie mogłem do tego dopuścić. Skończyło się piętnastoma strzałami. Nie chybiłem ani razu, a on nie miał ani procenta szansy na przeżycie.
Ethan podniósł wzrok znad swoich dłoni i spojrzał na mężczyznę, który siedział naprzeciw niego. Ten bacznie przyglądał się obrączce na swoim palcu, delikatnie ją przecierał i obracał.
— Żałujesz tego?
— Żałuję tylko tego, że tak szybko zdechł. Gdybym mógł cofnąć czas, wierz mi, on cierpiałby jeszcze bardziej, aniżeli jakakolwiek kobieta, którą skrzywdził. Tak czy siak, takie bydlaki nie mają prawa bytu.
— Więc ty, zabijając go, masz takie prawo? Bydlak czy nie, wciąż człowiek.
— On nie był człowiekiem. Był pieprzonym potworem i zboczeńcem. Nigdy nie poniósłby odpowiedzialności za swoje czyny. Wyświadczyłem światu przysługę.
— Gdyby nie Paige nie brudziłbyś sobie rąk.
— A ty? Nie poświęciłbyś się dla swojej kobiety? — wytknął, spoglądając na pierścionek. — Nie skoczyłbyś za nią w ogień? Nie zabiłbyś dla niej? Nie uwolnił jej od tego całego gówna i strachu?
Mężczyzna zamilkł, Ethan również nie wiedział co powiedzieć.
— Nazywam się Michael. — Niespodziewanie powiedział, wyciągając rękę do nowicjusza. — I wierz mi, dla swojej poświęciłem wszystko. Jesteś wielkim szczęściarzem, skoro wciąż masz Paige. Ja straciłem Annie na zawsze.
Po tym jeszcze raz spojrzał na swoje dłonie. Przetarł palcem zakurzoną obrączkę, spojrzał na wygrawerowaną na jej wierzchu obietnicę, po czym zsunął ją z palca i rzucił za siebie.
Pierścionek odbił się od brudnej, cementowej podłogi, przetoczył kilka metrów, po czym zatrzymał tuż u stóp ściany, po której spływały stróżki wody. Nie interesowała ona już nikogo, jej historia kończyła się w piachu, który zbierał się w sali każdego dnia.
— Czas o niej zapomnieć. — Skwitował, spoglądając na ślad na swoim palcu.

10 lut 2017

Zwiastun!

Miło mi poinformować, iż Strach nareszcie doczekał się zwiastuna! Mam nadzieję, iż zachęci was on do pozostania z opowiadaniem. :D

 

Przypominam również o głosowaniu na Strach jako blog roku Księgi Baśni! Ankieta znajduje się w lewej kolumnie bloga. ;)

7 lut 2017

Rozdział 6

Położył dłoń na zimnej ścianie, nieco krzywiąc się na uczucie wilgoci pod palcami. Zostały na nich resztki mokrego kurzu, który po chwili strzepał. Błądził po omacku przez pomieszczenie, coraz bardziej zdając sobie sprawę z jego wielkości. Robiąc trzy, może cztery kroki w głąb izolatki, dosięgnął jej kolejnej ściany, a szurając stopami po ziemi, znalazł materac, który miał mu służyć za łóżko przez kolejne siedem dni. Nie wyobrażał sobie tego tygodnia, był niemalże pewny, że nie wyjdzie stąd takim, jakim był w tamtej chwili.
Niepewnie usiadł na materacu, a ten ugiął się pod nim tak bardzo, że tak właściwie znajdował się na podłodze. Zimno przebiegało przez jego skórę w postaci dreszczy, powietrze przesycał zapach stęchlizny, która dusiła go przy każdym wdechu. Jednak w końcu zrozumiał słowa Myrtle i to, jak bardzo nie chciała mu mówić o tym, co miało nadejść. Sama świadomość tego, że będzie zamknięty w pomieszczeniu jeszcze mniejszym niż jego cela, bez nawet okna z tymi cholernymi kratami i łóżka sprawiała, że tracił zmysły. Ciemność, która go otaczała wydawała się bezkresna. Tonął w niej i nie mógł liczyć na ratunek. Musiał się z nią zmierzyć.
Problemem jednak było to, iż nie wiedział, w jaki sposób mógłby z nią walczyć. Tak właściwie borykał się sam ze sobą. Nie bał się tego mroku, bo gdzieś musi w końcu pojawić się światło, ale bał się tego, do czego może on go wpędzić. Jego myśli doprowadzą go do szaleństwa, prawdziwej pasji, a w najgorszym wypadku stanie się na tyle słaby, by słuch o nim zaginął.
Zdecydowanie nie chciał do tego dopuścić.
Postanowił dać swojej głowie odpocząć. Bolała go już od tłoku myśli. Michael przesunął dłonią po materacu, odnajdując na jego skraju niedużą poduszkę. Przyłożył do niej policzek, a ta zapadła się razem z jego prowizorycznym łóżkiem. Zaczynał tęsknić za swoją celą. W porównaniu do izolatki była ona wręcz przytulna.
Sięgając dalej, znalazł koc. Oczywiście, nie mógł liczyć na coś więcej, aniżeli poprzecierana, szorstka płachta, łatana zdecydowanie więcej niż jeden raz. Naciągnął na siebie materiał, jednak dreszcze wciąż zajmowały jego plecy, ramiona oraz brzuch. Zaczął pocierać dłonie, chcąc się w jakikolwiek sposób ogrzać, co nie dawało mu zbyt wiele. Wciąż trząsł się z zimna, a wilgotne powietrze jedynie potęgowało uczucie chłodu.
Mężczyzna nawet nie zauważył, iż u sufitu żółtym światłem zajarzyła się niewielka żarówka. Jej nikły blask ukazał wszystko, co pod osłoną ciemności chowały mury izolatki. Podrapane ściany, zdarty tynk, cierpienie, które obrazowały ściekające krople krwi. Te ściany znały więcej bólu, aniżeli cały ten ośrodek. Zmęczone szczątki dusz szukały jedynie brakujących części, tymczasem trafiały tu, by zatracić się kompletnie, bez reszty.
Dreszcze nie ustępowały, Michael niemalże czuł spowolniony puls swojego serca. Nie mógłby zasnąć, zbyt mocno skupiał się na wszechogarniającym go zimnie. Zrzucił z siebie łatany koc, pośpiesznie wstając z niewygodnego materaca. Potrzebował się ogrzać, inaczej nie odpocznie. Zaczął chodzić. Okrążał pomieszczenie, niczym uwiązany do kołka wbitego w środek betonowej podłogi, pocierał ramiona dłońmi, starał się skupić swoje myśli na wszystkim, byleby tylko nie na wszechobecnym chłodzie.
Czas zdawał się zniknąć, pochłonięty przez pustkę tego miejsca. Clifford wciąż maszerował po izolatce, ale jakby zgubił swój cel. Jego głowa była pusta, robił to automatycznie, nie zastanawiał się po co, zwyczajnie chodził. Nie czuł już chłodu, a perspektywa zniknięcia już nie wydawała mu się aż tak straszna. Jego zmęczony umysł nie dbał już o nic, potrzebował odpoczynku. Michael ponownie usiadł na materacu, ułożył głowę na poduszce i okrył się przetartym kocem. Dopiero po zamknięciu oczu zdał sobie sprawę z tego, jak ciężko było mu utrzymać je otwarte.
Minęła chwila, może dwie, a przynajmniej takie miał wrażenie, kiedy zamek zaczął trzeszczeć, a ciężkie drzwi ustąpiły. Do środka wlało się białe światło lamp, które umiejscowione były w całym korytarzu. Z cichym jękiem, Michael podniósł się ze swojego miejsca i mrużąc oczy, spojrzał na strażnika, który stał w progu. Na cementowej podłodze leżała taca z jedzeniem, które wydawało się wyglądać jeszcze gorzej niż zwykle. Jednak nie mógł wybrzydzać, nie miał w ustach niczego od dość dawna, nawet na widok tej ohydnej papki burczało mu w brzuchu. Mężczyzna sięgnął po nią i niepewnie zaczął jeść. Drzwi ponownie zostały zatrzaśnięte, a skrzypiącym zawiasom towarzyszył śmiech klawisza.
Czas ponownie zniknął w odmętach mroku, przecinały go jedynie blade wiązki światła żarówki. Przez kolejne dni Michael odmierzał go właśnie w ten sposób — rankami i wieczorami odwiedzał go ktoś, kto dawał mu jedzenie i wodę, gdzieś pomiędzy tym słyszał rozmowy z korytarza, za to nocami dobiegały go szmery, jakby ktoś szurał butami po cementowej posadzce. To wszystko składało się na rytm tego miejsca. Przez te dni dokładnie słyszał bicie serca domu czarnych dusz, zewsząd docierały do niego krzyki więźniów, zmęczone jęki strażników. Chwilami zastanawiał się, czy słyszy to wszystko naprawdę, czy jest to wytworem jego wyobraźni, której tęskno było do ludzi.
Jednak wychodząc, nie miał złudzeń — cały ten zewnętrzny świat uderzył w niego z nieoczekiwaną siłą, chaos wydawał się wszechobecny, z ciszą mógł się pożegnać na dobre. Otaczało go coś więcej, aniżeli cztery ściany, wilgoć i ciemność. Szedł przez korytarz, jego ręce miał zakute w kajdanki, a tuż przy jego boku szedł strażnik. Z początku nawet zacieniony korytarz był dla niego zbyt jasny. Mrużył oczy, gdyż białe światła lamp go oślepiały. Potrzebował chwili, by się do nich przyzwyczaić.
Został zaprowadzony wprost do wspólnego pomieszczenia. Panował tam dokładnie taki tłok, jaki zapamiętał. Okrągłe stoliki były oblegane przez ludzi ubranych w dokładnie takie same, ohydne kombinezony, więźniowie zajmowali dokładnie te same miejsca co zazwyczaj. Nie zmieniło się zupełnie nic, jednak nie spodziewał się, że będzie inaczej.
Kiedy ręce Michaela zostały uwolnione, nie czekał ani chwili, by manewrując między stolikami, dojść do tego, który zyskał miano jego. Zwykle siedział w nim sam, czasem po przeciwnej stronie przysiadł się ktoś, kogo nie postrzegał za wartego uwagi czy pamięci. Nie wyglądało na to, by cokolwiek się miało zmienić.
Subtelny uśmiech wpłynął na wargi mężczyzny, kiedy poczuł ciepło, które rozbiło się o jego skórę. Spojrzał w górę, dostrzegając nieduży wentylator wystający ze ściany. Przez ostatnie dni było mu tak zimno, chwilami miał wrażenie, iż zamarza. Dzięki przyjemnym podmuchom pozwolił sobie o tym zapomnieć. Poczuł się tak komfortowo, jak jeszcze nigdy w więzieniu i wcale nie wydawało mu się to dziwne. Do niedawna uważał, że dom czarnych dusz nigdy, ale to przenigdy nie stanie się jego domem. W pewien sposób się nie pomylił – nic nie byłoby w stanie zastąpić mu wieczorów, które spędzał wraz z siostrą na dywanie przy kominku, grając w warcaby. Dziewczyna była od niego parę lat młodsza i Michael nie potrafił powstrzymać śmiechu, kiedy ta tupała nóżkami przy każdej przegranej.
Więzienie w Goulburn nigdy nie będzie dla nikogo tym, czym dla Michaela były tamte chwile. Mimo to powoli utożsamiał się z tym miejscem. Krew na jego rękach zdawała mu się coraz bardziej widoczna, a winy nie usprawiedliwiało już nic. Miał mnóstwo czasu na przemyślenia i zobaczył wszystko to, co było błędne, a w co brnął na ślepo, w zupełnie innym świetle. Był przekonany o swojej racji, kiedy zaplanowanego morderstwa nie da się przedstawić tak, by mieć czyste sumienie – nic go nie usprawiedliwiało. By się do tego przyznać przed sobą, musiał spędzić mnóstwo czasu sam na sam ze swoimi myślami, musiał się z nimi nieprzerwanie męczyć, musiał być na nie skazany.
Wciąż uważał, że więzienie nie stanie się jego domem, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, iż należy do tego miejsca – czynem, winą, ale też każdą myślą. To więzienie było domem jego czynu, jego winy, jego każdej myśli, jego czarnej duszy.


:::


Michael czuł się wyjątkowo dobrze w swojej celi. Nie przeszkadzał mu już kurz, nie narzekał na stare i skrzypiące łóżko, a okno, w którym gościła żelazna krata, zdawało mu się wybawieniem. Teraz już doskonale wiedział, że może trafić w jeszcze gorsze miejsce, przez co nieco bardziej docenił to, co tu miał.
Usiadłszy na łóżku, przetarł oczy palcami, a ciche westchnienie opuściło jego usta. Wiele rzeczy miał zamiar zmienić, równie dużo poprawić. Zaczął już następnego dnia. Wchodząc na stołówkę, z wysoko podniesioną głową, spojrzał wprost w oczy więźnia, z którym ostatnimi czasy miał na pieńku. Postawny mężczyzna wciąż miał kilka siniaków i zadrapań widocznych na jego twarzy, jednak Michaelowi również ich nie brakło. Nie ważył się nawet mrugnąć, spuścić wzroku choćby na chwilkę.
Mijając go, usiadł przy stole, który zajmowali już inni skazani. Byli oni tym nieco zdziwieni, on sam nie do końca wierzył, że to zrobił. Jednak był to duży krok w stronę akceptacji. Nie potrzebował misternych planów, które obmyślał wieczorami w celi. Musiał jedynie spojrzeć w oczy jednemu z więźniów i odpowiedzieć na pytanie:
— Czemu tu jesteś?
I nie wahał się ani chwili. Wyrzucił z siebie wszystko to, co plamiło jego ręce krwią, pełnym pasji głosem zdradzał szczegóły zbrodni, powieka mu nawet nie zadrżała, kiedy opowiadał o chwili, w które serce jego ofiary przestało bić.
Po tym nastąpiła chwila ciszy, niepewność zakiełkowała w głowie Clifforda, strach ponownie rozlał się po jego ciele. Jednak mężczyzna, który siedział na wprost niego, w końcu przemówił, a jego słowa rozwiały wszelkie wątpliwości.
— Więc witaj wśród swoich, czarna duszo.

18 sty 2017

Rozdział 5

Po wszystkim mógł powiedzieć mnóstwo rzeczy: niemalże każdy centymetr jego skóry był pokryty siniakami lub zadrapaniami, w płucach zalegał mu jakby płynny ołów, krew sączyła się z jego nosa, a spękane usta piekły niemiłosiernie mocno. Jednak nie mógł powiedzieć, że żałował. Pokazał wszystkim, iż jest silny i się nie boi. Był to swego rodzaju jego klucz do przetrwania, więc kiedy już go złapał, nie musiał aż tak martwić się o każdy kolejny dzień w miejscu, jak to.
Strażnicy odciągali go od drugiego więźnia, jednak on nie chciał im się poddać i wciąż wpatrywał się w oczy przeciwnika. Oddychał ciężko, ogrom siły zabierało mu złapanie choć odrobiny powietrza, ale dzielnie utrzymywał kontakt wzrokowy z mężczyzną. Był głuchy na jego krzyki i groźby, furię, która emanowała od niego zbyt silnie, by jej nie odczuć. Po prostu patrzył na niego, desperacko starając się oddychać równomiernie. Ignorował potworny ból, który promieniował po całej jego klatce piersiowej, dodatkowo tłumiła go adrenalina, buzująca w każdej kropli jego krwi. Wpadł w swego rodzaju trans i był tego świadomy, jednak nie chciał go przerwać. W końcu czuł się wyzwolony, jakby nawet więzienne kraty go nie ograniczały. Szarpał się przez chwilę, może dwie, walczył o wolność, której zaznała jego dusza, kiedy po raz pierwszy zaatakował. Był w stanie umrzeć za każdy kolejny cios, byleby tylko ponownie poczuć tę lekkość. Jednak jego próby bardzo szybko zostały stłumione. Czuł ogromny nacisk strażników na barkach od chwili, w której starali się oni rozdzielić dwójkę. Stanowczo zaczął się on przesuwać na środek jego klatki piersiowej, aż w końcu sięgnął ku górze i zacisnął się na jego gardle.
Wolność zupełnie uciekła, chwila uniesienia z powrotem zrzuciła go na ziemię, tak twardą i zimną, brak tlenu wyraźnie dawał się we znaki, a skóra piekła zupełnie tak, jakby była przypalana. Adrenalina opadła, a przed oczami narastała ciemność. Powieki stały się nazbyt ciężkie, aby mógł utrzymać je otwarte, choć walczył o to, by ich nie zamknąć. Powietrze zgęstniało na tyle, by nie mógł nim napełnić płuc, a promienie słoneczne skutecznie omijały jego osobę. W jednej chwili całe jego ciało przebiegł dreszcz, ochładzając krew, która jakby tężała w jego żyłach. W końcu oczy całkiem się zamknęły, a wszelki kontakt z otoczeniem się urwał. Przegrał tę walkę, w końcu musiał dać za wygraną, choć tak naprawdę zdobył to, na czym najbardziej mu zależało.

:::

Otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Leżał na łóżku, które było łudząco podobne do tego, na którym sypiał, choć wyglądało na znacznie wygodniejsze od jego wypłowiałego materaca. Bardziej, aniżeli ciemność i monotonność przeznaczonej mu celi, przytłaczała go biel, wszechobecna w tym miejscu, wręcz oślepiała go ona. Była tak czysta, nie skażała jej nawet kropla szarości, która panowała w całym ośrodku Goulburn, czy winy, ciążącej we wszystkich bijących tam sercach. Wydawała się ona nie mieć kresu, jednocześnie odbierając mu dech, zupełnie tak, jakby ściany zbliżały się do niego w zastraszająco szybkim tempie.
Nie był pewny, gdzie się znajdował, jednakże z całych sił pragnął się stąd wydostać. Podpowiadał mu to instynkt, choć naprawdę nie wiedział, skąd wzięła się w nim chęć ucieczki. Być może to niepewność, której ostatnimi czasy było zdecydowanie zbyt dużo w jego życiu. Kolejny raz grunt pod jego stopami stał się miękki, zbyt grząski, by mógł po nim pewnie stąpać. Musiał biec, by jak najszybciej wrócić do miejsca, w którym czuł się względnie bezpiecznie.
Szarpnął rękami, by już chwilę później poczuć silny ucisk na nadgarstkach. Nieco uniósł głowę i spojrzał na nie. Dostrzegł dwa skórzane pasy, które przyszpilały jego ręce do łóżka.
— Och, widzę, że już się obudziłeś — głęboki, twardy, kobiecy głos dobiegł go zza głowy. Dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa i ramion Michaela. — Jak się czujesz?
— Kim jesteś? — zapytał słabym głosem, w odpowiedzi dostając śmiech. — Co ja tu robię?
— Stawiałeś znaczny opór Joshowi i cóż, potraktował cię nieco zbyt brutalnie — westchnęła, stając tuż obok więźnia.
Wydawała się mieć około czterdziestu lat, przez jej czoło i policzki przemykało wiele bruzd, zmarszczek i zadrapań, dość płytkich, choć widocznych. Błyszczące włosy o kolorze blond miała upięte w zwięzły kok, nie wystawał z nich nawet jeden kosmyk. Na powiekach kobiety gościł blady, brązowy cień, a spękane usta ozdobione były krwistą szminką. Biały kitel, który miała na sobie, był idealnie wyprasowany, doskonale leżał na jej smukłym ciele, a do jego kieszonki była przyczepiona metalowa plakietka, w której wyryte było jej imię – Myrtle.
— Michael, Michael, Michael... — westchnęła zrezygnowanym głosem, kładąc jeden ze smukłych palców na jego szczęce. Powoli przesuwała opuszką w dół, na jego brodę, potem przez usta, na policzek. Niemalże na całej jego twarzy znajdowały się siniaki lub drobne strupy, których faktura wbijała się w jej delikatną skórę. Doskonale czuła każde z wybrzuszeń, zawyżoną temperaturę czy ból, jakim pulsowało jego ciało. — Warto było? Dało ci to coś? — westchnęła, ścierając kropelkę potu z jego czoła.
— Nie twoja sprawa — mruknął pod nosem, ponownie szarpiąc rękami.
— Myślałeś chociaż o konsekwencjach? — puściła mimo uszu jego słowa, okrążając łóżko, na którym leżał. — Cela nie jest najgorszym miejscem, w jakim możesz się znaleźć. Są tu ludzie, których umysły są całkowicie stracone i z myślą o nich stworzono przestrzenie odzwierciedlające to. Kiedy tam trafisz, będziesz błagał o litość. A wierz mi, trafisz tam za to, co zrobiłeś.
— Straszysz mnie?
— Och, Michael — westchnęła, ostrożnie kładąc dłoń na niego policzku. — Chciałabym cię tylko straszyć — powiedziała cicho, spoglądając w oczy mężczyzny. Kobieta sięgnęła wolną ręką za głowę Clifforda, by tuż po chwili delikatnie obmywać rany na jego twarzy.
Brunatna stróżka wody z krwią spłynęła w dół jego szczęki, by znaleźć swoje ujście na prześcieradle, niszcząc nienaganną biel, którą raziło wzrok. Razem z tą kroplą, tak małą i niepozorną, spłynęła również odrobina jego cierpienia. Chłodna ciecz złagodziła ból, który rozrywał jego każdą myśl. Z chwili na chwilę cierpienie docierało do niego coraz mocniej, przez co stawał się jeszcze bardziej niespokojny. Jego wnętrze potrzebowało ulgi, wręcz błagało o nią, krzycząc i wijąc się wśród każdej z jego myśli. Świadomość nadchodzącej męki budowała w jego wnętrzu jakby barierę. Nie potrafił się cieszyć ze swojego małego zwycięstwa, jego głowa skupiała się na każdym z zadrapań i siniaków, trudzie, z jakim oddychał, zapewne połamanych żebrach i świadomości, że być może to nie jego ostatnia walka. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wystawił siebie jako ofiarę i będzie musiał znieść wszystkie tego konsekwencje – zarówno te, których oczekiwał, jak i te, których istnienia był świadom, choć miał nadzieje, że go ominą. Ta nadzieja uciekała, w miarę, kiedy cierpienie narastało.
Siła, z jaką uderzał go przeciwnik, w dalszym ciągu trafiała do niego jakby przez mgłę, która powoli zaczynała osiadać w jego głowie. Nie było już złudzeń czy domysłów, znieczulającej adrenaliny i instynktu przetrwania, który obudził się w jego wnętrzu. Emocje opadły, a wraz z nimi pewna iluzja, którą karmił się z każdym zamachem ręki. Był za to ból, i chociaż nie był on bólem porażki, tkwił równie głęboko w głowie Michaela. Przesycał każdą myśl Clifforda, w całym swoim życiu nie doświadczył go w tak intensywny sposób.
Jego głowa ponownie opadła na poduszki. Ciche westchnienie opuściło jego usta, kiedy Myrtle kończyła przemywać jego twarz. Kobieta zajęła się nim w należyty sposób. Dbała o to, by rany były czyste, opatrunki na brzuchu i torsie zawsze zmienione, a cierpienie minimalne, choć nie była cudotwórcą. Nie mogła uśmierzyć bólu całkowicie, jednak niwelowała go na tyle, by nie przekraczał on granic wytrzymałości więźnia.
Michael nie ufał kobiecie, jednak był wdzięczny za jej troskę. Przez jakiś czas dawała mu ona namiastkę bezpieczeństwa. Zdawał sobie sprawę, iż po jego wyczynie nie będzie ona trwać zbyt długo, dlatego dawał odpocząć swojej głowie tyle, ile tylko mógł, przygotowując się na to, co miało nadejść.
Wciąż nie wiedział co Myrtle miała na myśli, mówiąc o przestrzeniach dla ludzi o straconych umysłach. Zdawał sobie jednak sprawę, że trafi tam, nie miał żadnych wątpliwości co do tego. Nie wiedział tylko jak się do tego przygotować. Pielęgniarka – czy kimkolwiek była kobieta – nie powiedziała już nic więcej, jakby w tej sytuacji niewiedza była jedynym ratunkiem Michaela, jego błogosławieństwem. I to właśnie było dla niego najbardziej przerażające.
Nie miał jednak pojęcia, na co się przygotowuje. Wydawało mu się, iż może to być zarówno tortura fizyczna, jak i psychiczna, zupełnie taka, jaką posługiwali się straceńcy. Spodziewał się odwetu za każdy z urazów, jakie przyniósł przeciwnikowi, ale też za te, których sam doznał. Jednak oczyma wyobraźni widział również to, jak pracownicy ośrodka krzyczą mu wprost w twarz nie tylko winę, jaką był obarczony, ale również kolejne zbrodnie, które tak właściwie pchnęły go do jego własnej.
Wiedział, że nic nie byłoby gorsze od właśnie tego.
— Mogłabyś to poluzować? — zapytał, szarpiąc za sine nadgarstki, które wciąż były przyszpilone do łóżka. — Proszę, ręce mi już całkiem zdrętwiały.
— Wiesz, że nie powinnam — westchnęła, zadbaną dłonią przesuwając po jego przedramieniu. — Zasłużyłeś sobie na nie i zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?
— Miej litość. Przecież dobrze wiesz, że niczego nie zrobię! Tylko chwilka! — błagał mężczyzna, jednak Myrtle była nieugięta.
Clifford nie był pierwszym, który starał się ją wziąć na litość. Doświadczenie nauczyło ją, że takim ludziom nie warto ufać. Musiała przyznać, nie wyglądał on na nazbyt niebezpiecznego czy nienormalnego, jednak wiedziała dobrze, iż mógł po prostu nosić pewną maskę – anioł byłby w stanie zabić, nawet gdyby wyglądał na najczystszą i niewinną istotę na świecie.
Mimo tego kobieta uległa. Oczywiście, nie całkowicie. Bardzo delikatnie i ostrożnie poluzowała jeden z pasów, upewniając się, iż nawet tak mężczyzna nie da rady wyswobodzić ręki ze skórzanej bransolety. Przyglądała się, jak Michael zaciska i rozkurcza rękę, która traciła blade zabarwienie. Krew ponownie bez zakłóceń dotarła do samych koniuszków palców więźnia, przez co czuł mrowienie w każdym z mięśni dłoni.
Wzrok kobiety przykuł okurzony pierścionek, który swoje miejsce znalazł na serdecznym palcu mężczyzny. Kurz i sadza wbiły się w niewielki napis, który wygrawerowano na jej wierzchu. Była to data, jednakże brud rozmywał się również poza cyfry, znacznie utrudniając ich odczytanie.
— Była dla ciebie ważna, prawda? — spytała przyjemnym i ciepłym, ale jednocześnie współczującym tonem głosu, sięgając do drugiego nadgarstka. — Byłbyś w stanie to dla niej zrobić? A może zrobiłeś to dla niej? — zapytała śmiało, czując pod palcami, jak obolałe mięśnie mężczyzny się napinają.
— Co cię to obchodzi? Czemu w ogóle o to pytasz?! — wycedził przez zęby, starając się całą swoją wolą opanować samego siebie. — Co to zmieni?
— Może ci to pomoże?
— Nie jesteś jakąś pieprzoną adwokatką, żeby pytać się mnie o takie rzeczy — odburknął, odwracając głowę, by nie patrzeć w szare oczy jego opiekunki.
— Ale mogę pomóc twojej duszy, a to jest równie ważne — odparła przyciszonym głosem, opuszką palca wodząc po jego klatce piersiowej. — To ona cię boli, a nie morderstwo. Nie w nim widzisz swoją winę.
— Och, to takie rozczulające! — zadrwił, a chichot opuścił jego wargi. Wciąż nie odważył się spojrzeć na Myrtle, jakby jej wzrok miał rozdrapać zabliźniające się rany na jego sercu. Tak naprawdę nie dopuściłby do tego huragan, który mieszkał w jego wnętrzu, jednak pewien strach wciąż nie pozwalał mu tego zrozumieć.
Kobieta już miała zacząć mówić, jednak po gabinecie rozniósł się dźwięk pukania do drzwi, a już po chwili salę zaszczycili swoją obecnością dwaj ochroniarze. Echo ich ciężkich kroków rozniosło się po całym pomieszczeniu, dudniąc w uszach Clifforda.
— Zabieramy go. — Oświadczył jeden z nich, wyciągając zza paska parę połyskujących na srebrno kajdanek. Ton jego głosu mówił sam za siebie – brak sprzeciwu.
Myrtle posłusznie, chociaż ociągając się, rozpięła brązowe pasy, które nie pozwalały się więźniowi ruszać. Jej miękkie i delikatne dłonie zastąpiły ciężkie i szorstkie, kiedy jeden z funkcjonariuszy łapał jego sine nadgarstki, by zapiąć na nich dwie bransolety. Ciasno oplatały one jego ręce, uniemożliwiając Michaelowi jakikolwiek ruch większy, aniżeli długość łańcucha, który je scalał. Zdążył się do tego przyzwyczaić – każdego ranka, jaki i popołudnia, a także wieczoru miał zakładane kajdanki, by przeprowadzić go do wspólnej sali. To był już schemat, w który zmieniło się także jego życie. Chwilami miał wrażenie, że w kółko przeżywa jeden dzień, chociaż kartki w kalendarzu były zrywane każdego śniadania, przełamując monotonię nowymi datami.
Michael został szarpnięty do góry. Kiedy tylko stanął na równych nogach, strażnik pchnął go do przodu, przez co zachwiał się, niemalże upadając na kolanach przed drugim z funkcjonariuszy. Czuł się jeszcze słabszym, aniżeli był. Ból chował się w nim tak głęboko, iż otaczał mgłą pewne myśli, na ich miejsce wpierając błędne, odbierające mu silną wolę.
Kiedy drzwi pomieszczenia zostały otwarte, brud i cień korytarza zaczęły się niemalże wlewać w biel i czystość tego miejsca. Miał wrażenie, iż otwarły się bramy niebios, wyrzucając go wprost w otchłań diabelskich sideł.
Nie miał jak zaprotestować. Został wypchnięty za drzwi, a zaraz za nim stanęło dwóch pracowników ośrodka. Kładąc dłonie na jego przedramionach, zaczęli go prowadzić w głąb szarego korytarza. Wyraźni kontrast pomiędzy miejscem, w którym był przed sekundą, a tym, w którym się znajdował był tak wielki, że przez chwilę lub dwie problem sprawiało mu dostrzeżenie czegokolwiek, jakby znajdował się w bezkresnej ciemności.
W końcu jednak jego wzrok się przyzwyczaił, mężczyzna zaczął dostrzegać masywne kraty, które oddzielały cele więźniów od całej reszty budynku. Jednak nie były mu one znajome. Znajdował się w zupełnie innej części budynku i zaczynał się powoli bać tego, co miało nadejść.
Cele w końcu doszły do kresu. Hol był równie szary, chociaż nie tak przytłaczający. Jego kilka ostatnich metrów było wolne od metalowych, ciężkich krat, co sprawiało, iż atmosfera tego miejsca była odczuwalnie lżejsza. Można by rzec, iż to dobry znak, jednak Clifford czuł coraz większy strach.
Na samym końcu, na równoległej Michaelowi ścianie, znajdowały się drzwi. Wyglądały na jeszcze bardziej masywne, aniżeli te, które mieściły się u wejść do cel więziennych, jakby skrywały jeszcze mroczniejsze sekrety niż kreatury, które zamieszkiwały to miejsce.
Zdecydowanie nie chciał ich poznać.
Jednak zmierzał dokładnie w ich kierunku, w czym utwierdził go strażnik, który nieco go wyprzedził, by otworzyć wejście. Z wnętrza wyłonił się mrok, zdecydowanie większy od tego, który go otaczał w tamtej chwili. A on nieustannie, choć nie z własnej woli zmierzał w jego kierunku.
Był już na progu, kiedy zaczął stawiać opór, jednak był nieznaczny dla mężczyzny, który sprawował nad nim pieczę. Mężczyzna użył niewielkiej siły, by wepchnąć Clifforda do środka.
— Życzę miłego tygodnia — powiedział z drwiną, zatrzaskując drzwi, a ostatnia wiązka światła opuściła go na dobre.
Wiedział już dobrze, gdzie się znajdował./div>
Izolatka.
Na samą myśl dreszcze przejmowały całe jego ciało. Czuł się samotnie w domu czarnych dusz, jednak wokół niego zawsze było wielu ludzi. Teraz miał być całkiem sam i doskonale wiedział, że może go to doprowadzić do paranoi. Miał ochotę wyrywać sobie włosy z głowy, zdrapać wszystkie strupy ze swojej skóry, krzyczeć aż zedrze gardło, do utraty tchu i jeszcze dłużej. Był tu minutę, może nawet nie całą, a miał ogromną potrzebę rozedrzeć zakurzone powietrze swoim krzykiem.
Brakowało chwili, by zaczął wrzeszczeć, wyrzucać z siebie słowa jak norze, które odbijałyby się od ścian, by echem do niego wrócić. Było tak blisko, już otwierał usta, a milion myśli w jedną sekundę przebiegł przez jego umysł.
I jedna z nich go zaskoczyła. Była tak inna od reszty, tak niecodzienna, że musiał się nad nią zatrzymać.
Aby przejść przez piekło, musiał pojednać się z diabłem. A nie jeden diabeł zaczynał właśnie w tym miejscu.


Witajcie! Jest mi ogromnie miło poinformować was, iż Strach został nominowany do bloga roku katalogu Księga Baśni!
Właśnie rozpoczęło się głosowanie i jeśli uważacie, że opowiadanie jest warte tego tytułu, serdecznie zachęcam was do wzięcia udziału w głosowaniu. Możecie to zrobić tutaj lub w lewej kolumnie bloga.

16 gru 2016

Rozdział 4

Wróciwszy do celi, Michael bardzo dużo myślał o tym, w jakiej sytuacji się znalazł. Nieco niepokoiło go to, że do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele zdarzyło się w jego życiu w tak krótkim czasie. Zsumował jak dużo stracił, a jak mało zyskał, gdzie trafił i jak teraz wyglądać będzie każdy jego dzień. Zdecydowanie nie podobała mu się ani perspektywa monotonii, ani samotności. Chciał na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość, zemścić się, zadać tyle bólu, ile zadano jemu. Ale zamiast tego wydał wyrok na siebie, zniszczył swoją osobę, był martwy w oczach najbliższych mu ludzi.
Nie przewidział tego podczas układania planu zemsty. W nim nie było miejsca na porażkę, wydawał się idealny. I niewykluczone, że taki był.
Zawiodły emocje, które w każdej sytuacji doradzały mu źle. Zawiodły demony, które niemalże cały czas przypominały mu o tym, co się zdarzyło, prowokując do szybszego, a co za tym idzie niezbyt rozważnego działania. W końcu zawiódł Michael Clifford, ulegając temu wszystkiemu, by w końcu zaznać spokoju.
Jednak zamiast tego trafił tu, do miejsca, które było w stanie go zniszczyć, jako więźnia, wyrzutka społecznego, ale i człowieka, istotę, w której wciąż tliły się uczucia, takie jak miłość czy strach.
Ale strach go opuszczał. Bardzo powoli ustępował, z każdym dniem spędzonym wśród więźniów, z każdą chwilą straconą samotnie w celi, zupełnie jakby umierała w nim cząstka człowieczeństwa, która kryła się za tym uczuciem. Miał czas do końca życia, by się go pozbyć, gdyż w domu czarnych dusz nijak mu nie było potrzebne, jednak jaką miał pewność, że on nie wróci?

:::

Jeden tydzień. Siedem dni.  Sto sześćdziesiąt osiem godzin, z których każda pojedyncza minuta była stracona.
To był czas, który spędził za murami więziennymi. Tydzień, który wdrażał go w wewnętrzny rytm tego miejsca, ukazywał rzeczy, których nie widać na filmach. Dni, podczas których był odizolowany od ludzi o stosunkowo czystym sumieniu. Chociaż jego już dawno było w plamach ludzkiej krwi, nie czuł się tak, jakby zasługiwał na to miejsce, chociaż miał świadomość tego, iż to, czego się dopuścił zapewniało mu miejsce tylko w więzieniu.
Był to też czas analizowania swoich własnych błędów i porażek, których dopuścił się jeszcze na wolności. Wszystkie były takie nieznaczne,błahe wręcz, wydawało mu się, iż nie będą miały żadnego wpływu na to, co zamierzał wtedy zrobić. Jednak okazały się one druzgocące w skutkach. Te wszystkie drobne niedociągnięcia, nic nieznaczące potknięcia okazały się przeważać nad powodzeniami, z których był tak strasznie dumny. Przyćmiły one jego umysł, przez co nie był w stanie spojrzeć na wszystko racjonalnie. Ale kiedy już zdał sobie z tego sprawę, nie wiedział jak działać dalej, więc poddał się bez walki. Dlatego tutaj, w więzieniu w Goulburn, nie miał zamiaru cieszyć się z tego, co pójdzie po jego myśli, a pracować nad tym, co byłoby dla niego kłopotliwe.
A pierwszą rzeczą, która była kłopotliwa to samotność, która w miejscu jak to była wręcz niedopuszczalna. Outsider nie miał szans przetrwać w domu czarnych dusz, więc wkupienie się w łaski więźniów było jego priorytetem.
Musiał sprawić, by więźniowie się nim zainteresowali, zobaczyli w Michaelu kogoś wartościowego, godnego nawet najniższej pozycji w ich własnej, więziennej hierarchii, mimo wydarzeń z pierwszego dnia.
Długo myślał o tym co zrobić, jak działać. Nie mógł liczyć na cud, one nie się zdarzają, a szczególnie w miejscach jak to. Musiał im czymś zaimponować, to był klucz do jego sukcesu, do jego przetrwania. Jednak czym?

:::

Wychodząc na spacerniak czuł niesamowitą ulgę. W końcu mógł na kilka chwil opuścić mury tego budynku i odetchnąć świeżym powietrzem, bez kurzu i tej dziwnej atmosfery, która przesycała je bez przerwy. Jakby wyszedł z płonącego budynku, a jego płuca w końcu zaznały wytchnienia od tego wszystkiego, co działo się wewnątrz. Brał głębokie i dokładne wdechy, jakby na zapas, bojąc się, iż kiedy znowu zamkną go w celi, udusi się, nim ponownie zaczerpnie tchu.
Na wolności nie zdawał sobie sprawy z tego jak wiele prostych, a wręcz banalnych rzeczy nie doceniał. Świeże powietrze, wygodne łóżko czy czyste ubrania to było coś, czego się wręcz domagał, uważał iż mu się to należy, nie on jeden zresztą. Było to swego rodzaju przyzwyczajenie, nigdy nie przeszło mu nawet przez myśl, że mógłby stracić to, nic nie zapowiadało końca jakichkolwiek wygód, a zwłaszcza tych najbardziej pospolitych. W miejscach takich jak więzienie w Goulburn powoli uczył się tego, by doceniać każdy atom tlenu, każdą wiązkę promieni słonecznych zupełnie tak, jakby już za kilka chwil miały one być odebrane już na zawsze.
Kilkukrotnie przesunął stopą po suchej ziemi, patrząc jak znad niej unosi się kurz. Upewniał się, iż zaznał tej namiastki wolności, za którą tak bardzo tęsknił. Nie równała się ona z tą, która była w jego garści przez niemalże trzy dekady, jednakże była ona znacząca, biorąc pod uwagę każdą chwilę, którą spędził za kratkami.
Rozejrzał się po placu. Sucha, spękana gleba i kępki pożółkłej trawy były wszystkim, co można było na nim dostrzec. Wszechobecna była pustka, nieprzyjemnie bijąca po oczach. Dokładnie tak usposobiona była cała placówka. Całkowicie jałowa, jakby wyprana z uczuć i emocji.
Nawet go to nie dziwiło.
Wszyscy ludzie, których tu widział byli dokładnie tacy. Nie kierowały nimi uczucia i emocje, a instynkty niczym u zwierząt. Byli jakby puści w środku, a do rasy ludzkiej zaliczali się tylko ze względu na cechy wyglądu i nieco wątpliwą, ale jednak zdolność logicznego myślenia. Takie wrażenie na nim wywarli i Michael szczerze wątpił, iż to mogłoby się zmienić.
Chwile refleksji Clifforda przerwał więzień, który pchnął jego ramię. Na początku chciał on zwrócić mu uwagę, jednak kiedy tylko spojrzał w jego oczy stracił na to ochotę. Były one zimne jak lód, przeszyły go na wskroś wywołując dreszcze, i chociaż nie przerwał kontaktu wzrokowego, nieco zbrakło mu odwagi na wyduszenie czegoś więcej, aniżeli cichego „uważaj".
W zamian otrzymał jedynie drwiący wyraz twarzy mężczyzny, który postanowił po prostu zignorować. Szedł przed siebie, krążył po placu, czuł się jak zwierze uwiązane na łańcuchu, jednak nie miał już tak wielkiej ochoty zerwać go, jak na samym początku. Tak jak zwierze w pewnym momencie przestawało się szarpać, tak i on powoli przywykał do tej obroży, nie chcąc by się zaciskała.
Westchnąwszy cicho, stanął w jednym miejscu i zamknął oczy. Chciał przebywać na słońcu tyle, ile tylko mógł. Zdecydowanie tego potrzebował, gdyż już niedługo miał wrócić do brudnej, ciemnej celi, w której nawet sztuczne światło działało wadliwie, zmuszając Michaela do życia w półmroku.
Mimo tego, iż przyjemne promienie padały wprost na więźnia, jego ciałem wstrząsnął dreszcz, jakby u jego stóp pojawiła się zimna woda, której ciepło słońca nie potrafiło się przeciwstawić. Uniósł powieki i powoli, ale pewnie odwrócił się, dostrzegając za sobą czterech mężczyzn. Byli oni od Michaela wyraźnie wyżsi, mieli szersze barki, przez co kombinezony były na nich zbyt ciasne. Dlatego też ich uniformy były rozpięte, ukazując pulsujące mięśnie, tatuaże i szerokie blizny, dodające więźniom jeszcze więcej grozy.
Michael nie wiedział co zrobić, jak się zachować, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie może odwrócić wzroku. To byłoby jednoznaczne z poddaniem się, co z kolei by go prowadziło do szybkiego zniknięcia bez wieści, a na pewno nie należał do słabeuszy, którzy swój kres osiągnęli właśnie w ten sposób. Dlatego dzielnie, choć z łomocącym w piersi sercem wpatrywał się w oczy tego najpostawniejszego. A ten jakby doskonale wyczuł strach Clifforda, przez co z jeszcze większym uporem przeszywał go wzrokiem.
— Jakim cudem jeszcze nie wymiękłeś? — zaczął drwiąco, krzyżując ręce na piersi. Już po chwili dało się słyszeć ciche śmiechy pozostałych mężczyzn, w których akompaniamencie kontynuował: — To nie jest miejsce dla ciebie, jesteś za delikatny na więzienie, a twoja taryfa ulgowa się skończy, a co wtedy? — pochylił się nad Michaelem, a w jego oczach można było dostrzec jakby iskierki. — Powiem ci, co wtedy: zginiesz — powiedział, bardzo mocno akcentując ostatnie słowo.
Clifford w pierwszej chwili nie był w stanie nic powiedzieć, jedyne co mógł zrobić, to przełknąć ogromną gulę, która urosła w jego gardle. Przez kilka sekund był jakby sparaliżowany, każda z komórek jego ciała wręcz zamarła, nie słuchając poleceń, jakie jej wydawał. Dreszcze przebiegły po jego kręgosłupie i rękach, włosy na karku się najeżyły, a z boku skroni spłynęła stróżka potu. Wtedy paraliż nagle minął, a fala myśli spłynęła na niego w boleśnie szybki sposób.
— Taryfa ulgowa?
Sam nie wiedział czego się spodziewał, ale coś takiego nie majaczyło nawet w najciemniejszych zakamarkach jego myśli. Do tej pory nie wpadł na to, że więźniowie specjalnie omijali go czy to na śniadaniach, czy gdziekolwiek indziej. Był niemalże pewny, że po prostu nie budzi ich zainteresowania, jest nikim w ich oczach i po prostu potrzebuje to zmienić, a prawda okazała się jednak inna. Nie był pewny co zrobić, jak się zachować, co tak właściwie myśleć. Wszystko to, co chciał powiedzieć w jednej chwili straciło sens. W jego głowie tłoczyły się myśli, których nie był w stanie zliczyć, jednak żadna nie była odpowiednio klarowna, by mógł iść w jej kierunku, a rozgonienie mgły, którą były zasnute wymagało zbyt wielkich pokładów energii, kiedy Michael musiał działać szybko. Wiedział jedynie to, że wciąż potrzebował kogoś u swojego boku i podążając w tym kierunku, jakby skazał się na najgorszą próbę swojej siły i wytrzymałości.
— Co, jeśli udowodnię wam, że się mylicie?
— Niby jak?
— Pokaż mi jak traktujecie tu ludzi.
Uważał to za swoją jedyną szansę. Nie widzieli w nim żadnych wartości, uważali, że nie da sobie tutaj rady i będzie tylko kolejnym więźniem, który się podda, a słuch o nim zaginie. Michael znał swoją wartość, a była ona na pewno wyższa, aniżeli worek podpisany „zniszczeni przez czarne dusze".
Mężczyzna spojrzał na niego jeszcze raz, po czym głośno się roześmiał. Nie łudził się nawet, że ktoś pokroju Michaela byłby w stanie znieść choćby jeden cios. Bawiło go to, że uważał inaczej. I nie miał najmniejszego zamiaru pokazywać mu swojej racji, uznawszy, że po prostu ją ma, chciał dać Cliffordowi czas na to, by się poddał i odwrócił./div>
— No dalej! Na co czekasz? — Michael zapytał pozornie spokojnie. Prawda była taka, że jego ciśnienie gwałtownie skoczyło, a serce podwoiło rytm swoich uderzeń. Adrenalina krążyła w każdej kropli jego krwi, pobudzając wszystkie komórki jego mięśni.
Postawniejszy mężczyzna ponownie odpowiedział mu gromkim śmiechem, wymijając Michaela. Ostatni raz spojrzał na niego przez ramię, a drwina na jego twarzy malowała się nazbyt wyraźnie, by Clifford jej nie zauważył. I doprowadziła go ona do najprawdziwszej pasji, tak samo jak wszystko to, co wydarzyło się w jego życiu do tej pory. Emocje kumulowały się w nim przez tak długo, że nie mógł ich już trzymać, potrzebował dać im ujście, nawet przez tak błahy powód jak ta niby taryfa ulgowa.
Tak więc odseparowując rozum i świadomość konsekwencji od czynów, zrobił kilka kroków w stronę więźniów i dotknął ramienia jednego z nich. Kiedy tylko jego rozpalone oczy ujrzały te zimne, skute lodem postanowił po prostu działać. Zacisnął pięść tak mocno, że paznokcie niemalże przebijały skórę na wnętrzu jego dłoni, żyły stały się jeszcze bardziej widoczne, a adrenalina pobudziła jego serce do niemalże granic wytrzymałości.
I w końcu to zrobił. Wziął zamach, a jego pięść odbiła się od szczęki mężczyzny z całą siłą, jaką był w stanie zgromadzić. Po całej jego ręce falami rozszedł się ból, jednak ominął on jego świadomość, adrenalina skutecznie go zamaskowała, jakby w ogóle go nie było.  I czuł się z tym dobrze, sam nie wiedział dlaczego, ale był dumny z siebie i z tego, co zrobił. Jednak nie mógł się cieszyć zbyt długo.
Po kilku chwilach jego przeciwnik zorientował się co Michael zrobił i na pewno nie miał zamiaru puścić mu tego płazem. Odwaga opuszczała Clifforda w zawrotnym tempie, a siła jakby zanikała, kiedy postawniejszy więzień brał zamach. Jednak nie miał w planach wycofać się z bitwy, którą sam zaczął.
— Twoja taryfa ulgowa się skończyła — warknął przez zęby tyran, a już sekundę później jego pięść z nieludzką siłą uderzała w nos słabszego.

5 lis 2016

Rozdział 3

Siedział na łóżku w swojej celi. Jego żołądek ściskał się na samą myśl o tym, że już do końca życia pisane są mu te cztery, brudne i szare ściany. Nie wyobrażał sobie kolejnej godziny tutaj, a co dopiero dnia, tygodnia, miesiąca czy roku. Los potrafi być prawdziwą suką – pomyślał, kładąc się na starym, wytartym materacu. Metalowy stelaż łóżka skrzypiał z każdym jego najmniejszym ruchem, a szczeble łączące lewą i prawą belkę wbiły się w jego plecy. Nie miał pojęcia, jak miałby spać na tym czymś. Jego adwokat zapewniał go, iż w Goulburn dbają o więźniów, zupełnie jakby nie było to więzienie. Zaśmiał się, przypominając sobie te, jak i inne słowa prawnika. Mężczyzna opowiadał, że mają niezbite dowody na to, iż Michael nie działał z premedytacją, dzięki czemu co najwyżej dostanie zawiasy. Obiecywał, że po procesie wróci do domu, porządnie się wyśpi i będzie mógł zapomnieć o przeszłości.
Gówno prawda.
Clifford doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że z góry jest skazany na przegraną pozycję. Wiedział to już w chwili popełnienia przestępstwa, wiedział to w areszcie śledczym, tak samo na sali sądowej, w drodze na swoją społeczną śmierć. Nie miał zamiaru okazywać skruchy, żalu za swoją winę, nie miał w planach przepraszać. Wiedział, że popełnił zbrodnię, którą z ogromną pogardą przypisywał mu prokurator. Nie próbował się wypierać, nie próbował zaprzeczać czy się tłumaczyć. To był fakt, a on to w pełni akceptował, chociaż w jego ciężkim sercu wciąż gościł ogrom żalu i niezaspokojona żądza zemsty.
Wziął głęboki oddech, nieco krzywiąc się na niewygodnym łóżku. On nie mógł spędzić tu kolejnych dni, po prostu nie. To nie miejsce dla ludzi, to miejsce dla potworów, bezdusznych bestii, hybryd człowieka i diabła, ale obiecał sobie, że się wydostanie. Zapewniał, że wróci z piekła na ziemię i dokończy to, co sobie poprzysiągł, znajdzie sposób, aby wyrównać porachunki, choćby miał po tym wszystkim zdechnąć w tych czterech brudnych ścianach.
Przetarłszy oczy, podniósł się z wytartego materaca. Był pewien, że metalowe szczeble zostawiły zaróżowione ślady na jego plecach. Westchnął cicho, stanął na równe nogi i się przeciągnął. Zaczął chodzić, tak po prostu. Krok po kroku poznawał te swoje metry kwadratowe, ten kurz na cementowej podłodze, który przyjmował jego ciężar jako odciski butów, ciężkie, metalowe kraty w niewielkim oknie, stalowe drzwi z elektrycznym zamkiem, to cholerne, piętrowe łóżko, kolejne takie na przeciwległej ścianie, haki i małe półki, które ledwie co trzymał się w sypiącym się tynku oraz nieduży stolik tuż obok jego spania, który pod blatem miał płytką szufladę. Nie było na nim nic, poza warstwą szarego, gryzącego pyłu, po prostu tam stał, złudnie zapełniając zimną i pustą celę.
Michael z powrotem usiadł na łóżku, ciągle było ono cholernie niewygodne. Złapał za małą gałkę przytwierdzoną do szuflady, po czym pociągną za nią, nieco krzywiąc się na rzęch starych, metalowych prowadnic. W środku niczego nie było, jednak czego on mógł się spodziewać? Szybko zasunął ją z powrotem, ponownie pogrążając się w ciszy. Była ona całkowita, nie mąciło jej nic, choć Michael pragnął, by zagłuszało ją chociaż tykanie zegara, dźwięk płynącego w ścianach prądu, bo oszaleje!
Westchnął i znowu się podniósł. Nie mógł tak siedzieć i nic nie robić, od zawsze miał pełne ręce roboty – za dzieciaka, wraz z młodszą siostrą, pomagali rodzicom w gospodarstwie, gdyż mieszkali wiele kilometrów od jakichkolwiek miast i musieli zapewnić sobie wszystko sami, hodując zwierzęta czy uprawiając warzywa i owoce, a kiedy w końcu założył rodzinę, ogrom czasu poświęcał pracy, aby zapewnić swojej żonie to, czego potrzebowała. Zrobiłby dla niej wszystko, za co przyszło mu płacić wysoką cenę.
Patrzył na ślady, które zrobił wcześniej, zduszając je następnymi, identycznymi odciskami podeszew jego butów. Rozcierał je, tworzył nowe, pokrywał kolejnymi, a potem wszystko od początku, i jeszcze raz, i kolejny. Bo co innego mógł robić? Będzie sam, dopóki nie przydzielą go do innego oddziału, albo nie wsadzą kolejnego więźnia do tej celi.
Mijały godziny – choć może były to tylko minuty? – podczas których Michael chodził bezcelowo po swojej celi. Kurz, który unosił się z każdym jego krokiem, osiadał na jego pomarańczowym kombinezonie. Wpadł w coś na kształt transu, który przerwał rzęch zamka i charakterystyczny dźwięk, towarzyszący otwieraniu ogromnych drzwi celi. W życiu nie był tak wdzięczny za widok strażnika więziennego. Clifford spojrzał na jego plakietkę, na której widniało imię Josh. Strażnik wyglądał na młodego, mniej więcej w wieku Michaela. Był blondynem, jego włosy były niemalże koloru pisaku, oczy chowały w sobie ocean. Sam sprawiał wrażenie sztormu, a Michael nie chciał się do niego zbliżyć. A przynajmniej nie teraz, kiedy pływał na drewnianej, spróchniałej łódce. Musiał znaleźć kogoś, kto weźmie go na solidny statek, aby zapewnić sobie przetrwanie na tej burzy.
— Zbieraj się, Clifford. — Powiedział od niechcenia, wyciągając zza paska u spodni kajdanki. Michael wstał, podszedł do niego i wyciągnął ręce przed siebie, a Josh zapiął na nich metalowe obręcze. Pociągnął za łańcuch, który je łączył, tym samym zaciskając je jeszcze mocniej. Mężczyzna nic nie powiedział, jedynie zacisnął zęby. Uznał, iż nie złamie się, nie ulegnie temu miejscu, nie pozwoli sobie zniknąć, jak ci wszyscy słabeusze.
— Gdzie mnie zabierasz?
— Po twoje rzeczy. — Josh wzruszył obojętnie ramionami, robiąc krok w tył. Niezbyt subtelnie pchnął ramię Michaela, tak by nieco się pochylił, prowadząc go wgłąb korytarza, tak samo odrażającego, jak jego cela.
Zakład karny składał się z trzech kondygnacji, w których znajdowały się cele, ułożonych promieniście względem budynku, który służył za miejsce odwiedzin, spędzania wolnego czasu przez więźniów, w którym znajdowały się biblioteka, pomieszczenia gospodarcze, pielęgniarki.
Każda z kondygnacji skrywała inny sekret – pierwsza chowała w sobie tych najgorszych pseudoludzi, którzy ze stuprocentową świadomością niszczyli ofiary w niezwykle powolny, pełen bólu sposób. Znajdowały się tam również potwory, które bez mrugnięcia powieki, z zimną krwią, bez wyrzutów sumienia, w kilka chwil zastrzeliły dziesiątki niewinnych.
W drugiej umieszczeni byli ludzie, którzy podobno żałowali swoich czynów. Zarzekali się w sądzie, iż gdyby mogli cofnąć czas, postąpiliby inaczej, nie odebraliby życia nawet największej zakale ludzkości.
Jednak ile miało to pokrycia z prawdą? Tylko im dane było to wiedzieć.
Trzecia to byli ci, którzy winy mieli średnie. To właśnie była część zakładu, której przeznaczony był Michael Clifford. Ludzie tam dopuścili się zbrodni, która plamiła ich sumienia, jak krew ofiar ich ubrania, jednak nie były to plamy takie, jak na rękach człekokształtnych, którzy ulokowani byli na drugim końcu więzienia.
Cóż, to była tylko teoria, gdyż w praktyce wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
Josh zaprowadził więźnia do serca placówki, gdzie czekał na Clifforda worek opatrzony jego nazwiskiem. Mężczyzna złapał za sznurek, którym przewiązana była góra pakunku, i rozwiązał go. Kiedy materiał opadł na boki, ujrzał w nim kilka rzeczy, takich jak jeszcze jedna para butów, drugi uniform i ubrania cywilne, w których siedział w areszcie śledczym.
— Tylko tyle? — spytał, biorąc w skrępowane dłonie swoje rzeczy.
— A czego oczekiwałeś? To więzienie, nie wczasy — prychnął Josh i spojrzał drwiąco na swojego podopiecznego. Michael jedynie przełknął ślinę, usilnie dusząc w sobie chęć zmiażdżenia krtani strażnika.