20 lip 2017

Rozdział 8

Ethan nie potrafił zasnąć. Kolejna godzina mijała mu na przekręcaniu się z boku na bok, poprawianiu starej poduszki, słuchaniu rzęchu zużytych, metalowych krat. Z każdą chwilą noc zdawała się dłuższa o dwie, gwiazdy coraz bardziej blade, ciemność coraz bardziej chciwa. I nie chodziło tu już o niewygodny materac, zimno, wilgoć, samą aurę tego miejsca. Wszystko to zeszło na drugi plan, stało się wyjątkowo nieistotne, kiedy wraz z kompletną ciszą, która choć nieunikniona, przyszła zbyt wcześnie, pojawiła się fala myśli i niepokoju.
Wszystko to, co planował, o czym śnił i marzył, cała ta ciężka praca poszła na marne, kiedy do gry wkroczyły uczucia i impulsy. Nie mógł ot tak tego zostawić. Każda łza Paige sprawiała, iż miliony szpilek przekuwało serce Ethana, każdy szloch dziewczyny doprowadzał go do pasji, którą nigdy nie oczekiwał pałać do nikogo, a cały ten czas, który spędzał na bezowocnych próbach uspokojenia dziewczyny, sam wcisnął mu broń do ręki.
Jednak udało się. Strach, który rozdzierał zagubioną duszę dziewczyny, ustąpił. Ból, który nie pozwalał jej zmrużyć oka w nocy, odpuścił. Przez jedną chwilę wszystko było w porządku, tak jak przed tym całym bałaganem, który nieproszony wtargnął w ich życie. Mogła zamknąć oczy, uśmiechnąć się, a żaden demon nie odważył się szepnąć choćby słówka do jej ucha. Tak błogie uczucie ogarnęło całe jej wnętrze, nie mogła się nim nasycić.
Och, niestety trwało to tylko jedną chwilę.
Okiełznany ocean uczuć ponownie się wzburzył, kiedy do Paige dotarło jaką cenę jej ukochany poniesie za jej pojedyncze wytchnienie ulgi. Jeden strach zastąpił inny. Fala bólu tym razem okazała się jeszcze silniejsza niż przedtem. Błogość uciekła, kiedy żal zaczął wypełniać dziewczynę goryczą.
Ethan znowu patrzył na jej niepokój, lęk. Wszystko to ponownie zapuściło korzenie w jej sercu, krzyczało z oczu, które po raz kolejny błyszczały słonymi łzami. A przecież walczył o to, żeby to zniknęło.
Miał już dość.
Mężczyzna podniósł się z niewygodnego posłania i spojrzał na niedużą lampkę, która czerwonym światłem jarzyła się tuż nad zatrzaśniętymi kratami. Poza nią niczego nie dało się dostrzec. Przesunąwszy butem po betonowej posadzce, usłyszał piach i kurz, które chrzęściły pod podeszwą, a w odległości mniejszej niż wyciągnięcie ręki, napotkał kolejną metalową konstrukcję, która jeszcze jakiś czas temu służyła więźniom za łóżko. Wywnioskował to po silnym odorze potu, wyraźnie emanującym od starego materaca. Może jeszcze nie zdążyli go wyprać? Albo w ogóle nie zamierzali tego robić?
Wiedział, że cela, w której jest samotnie, to tylko chwilowe rozwiązanie. Zapewne za dzień, tydzień lub dwa, albo trafi do innej celi, albo jego cela przyjmie nowych gości.
Nie chciał tego. Nie chciał żadnego kontaktu z innymi więźniami. Nie chciał tu być. Musiał się stąd wydostać.


:::


Michael patrzył na chaos, który panował w stołówce. Przyglądał się nowicjuszom, którzy za wszelką cenę chcieli pokazać, że zasługują na respekt, że mają prawo do życia. Aż się uśmiechnął, przypominając sobie czasy, w których to on był na ich miejscu. Wręcz się wzruszył, kiedy jego myśli opanowały wspomnienia pierwszej bójki, pierwszej nocy w izolatce. Od dnia, w którym przekroczył próg więziennej celi, zmieniło się tak dużo.
Strażnicy zareagowali już po kilku chwilach. W ruch poszły pałki i pięści, a sali nie wypełniały już odgłosy uderzeń i urywane oddechy. Zastąpiły je wrzaski pełne bólu, rozdzierały one gęste powietrze. Przekonał się na własnej skórze, jak nieprzyjemne potrafi być tak bliskie i niespodziewane spotkanie z klawiszami. Przez chwilę nawet zapiekła go blizna, którą po sobie zostawili.
Minęła minuta, może dwie, a po bójce nie było śladu. Uczestnicy, którym kara się upiekła, jedynie otarli rękawami kombinezonów stróżki krwi, które niezwykle powoli sączyły się z ich nosów. Wszyscy, jak gdyby nigdy nic, rozeszli się do stołów, zatapiając widelce w czymś, co zwykli nazywać jedzeniem.
Wzdychając, sam zajął miejsce na brudnej ławce. Przetarłszy oczy, raz jeszcze rozejrzał się po sali. Wciąż nie mógł wyjść z podziwu. To, jak szybko puls tego miejsca wracał do normy, było szokujące. W jednej chwili Tartar ukazywał swe najgłębsze otchłanie, by w kolejnej je zamknąć, wyrzucając wszystkich, którzy ośmielili się do nich wejść.


:::


Ethan siedział przy stoliku, który umiejscowiony był w szarym, zakurzonym kącie stołówki. Choć w pomieszczeniu znajdowało się wielu innych więźniów, siedział sam, co jak najbardziej mu odpowiadało. Nie wiedział, jak długo będzie mógł się tym cieszyć, więc napawał się swoistą samotnością, względną ciszą i spokojem umysłu dokładnie tyle, ile mógł. Wiedział, że wraz ze zmierzchem przyjdą myśli, które całym sobą starał się trzymać z daleka.
Miejsce naprzeciw niego zajął jeden z więźniów. Nie zwracał na mężczyznę uwagi. Zwyczajnie postawił tacę, po czym skutymi dłońmi próbował jeść.  Riley poczuł, że dreszcze biegną w dół jego kręgosłupa. Co musiał zrobić, by nie zdjęli mu kajdanek? Po zakładzie krzątali się mordercy, których uważano za bezwzględnych, gwałciciele, złodzieje, którzy niszczyli doszczętnie niewinne istnienia, jednak nikt w stołówce nie był skuty. Ten posiłek, ta godzina była niczym namiastka wolności, którą im odebrano.
Czego musiał się dopuścić, by nie zasługiwał nawet na te nędzne resztki?
Włosy na rękach Ethana najeżyły się, a instynkt kazał mu się cofnąć. Jednakże mężczyzna jakby zamarzł, ani jeden z jego mięśni nawet nie drgnął, choć jego wnętrze krzyczało "wynoś się stąd!".
Więzień w kajdankach uniósł wzrok, a jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem drugiego. Oczy osadzonego delikatnie błyszczały, zdawały się nie wyrażać żadnych emocji. Były tak spokojne, ich błękit przypominał o falach morskich, które swym szumem koiły wszelkie zmartwienia. Zdawał się być zagubionym dzieckiem, które dostało zbyt surową karę jak na swój wybryk.
Pierwsze wrażenie zostało jednak zniszczone już chwilę później.
Odepchnąwszy tacę, mężczyzna rzucił się Ethana, przenosząc obie ręce na boki jego szyi. Łańcuch, który łączył dwie srebrne obręcze na jego nadgarstkach, w ciągu kilku sekund zaczął uciskać krtań ofiary, odcinając jej dopływ powietrza.
Ławka, na której siedział Riley poleciała do tyłu. Więzień mocno i gwałtownie uderzył plecami o brudną podłogę, a wokół niego zaczął unosić się kurz. Nie zdążył on nawet wziąć oddechu, gdyż przeciwnik ponownie go zaatakował. Rozszerzył dłonie na tyle, na ile pozwalały mu kajdanki, po czym szybkim ruchem docisnął je do betonu po obu stronach szyi leżącego.
Powietrze po raz kolejny zatrzymało się w jego płucach. Nie myśląc zbyt wiele, działając odruchowo, chcąc zachować swoje życie, zacisnął palce na nadgarstkach napastnika. Pragnął ruszyć je choćby o milimetr, tak by złapać najmniejszy oddech, z wielką determinacją odpychał więźnia. Wszystkie jego mięśnie się napięły, żyły na rękach stały się jeszcze bardziej widoczne, pulsowały tuż pod skórą. Jednak wszelka siła, jaką dał radę w sobie zgromadzić, była niczym, kiedy przyrównywało się ją do wzburzonego oceanu, który krył się w oczach skutego więźnia. Szalała na nim burza, pioruny ciskały o wodę, fale uderzały jedna o drugą.
Musiał się poddać, dalsza walka była bez sensu. Nie był w stanie nawet zrównoważyć sił przeciwnika, a co dopiero ich przezwyciężyć. Powoli rozluźnił palce i zamknął oczy, a gorycz porażki opanowała całe jego wnętrze.
Złamał obietnicę, jaką złożył jedynej osobie, której miał zamiar jej dotrzymać. Dał za wygraną. Odpuścił.
Kiedy jego dłonie opadły na betonowe podłoże, oddech nagle wrócił. Oszołomiony zachłysnął się powietrzem, gwałtownie unosząc klatkę piersiową, po czym uchylił powieki. Wszechobecny chaos jakoś go omijał, zupełnie jakby wokół jego osoby powstał mur. Na początku nie słyszał krzyków strażników, którzy odciągali napastnika, wiwatujących więźniów, którzy pragnęli dalszej walki i krwi, która choć głośno bębniła w jego uszach, umknęła jego zmysłom.
Gdzieś w oddali ponownie rozpoczęła się bójka, a kurz na podłodze ponownie nasiąknął krwią.


:::


Michael był z lekka zdziwiony, kiedy elektryczny zamek u drzwi jego celi zaczął trzeszczeć. Prąd w nim na chwilkę przestał płynąć, przez co ustąpiły. Jego oczom ukazał się strażnik. Wyglądał na zmęczonego, wręcz ospałego, jednak wystarczyłaby chwila, odrobina adrenaliny, krótki impuls, by senność uciekła z jego powiek. Pracownicy więzienia w Goulburn byli niebezpieczniejsi niż wielu więźniów zakładu karnego, wyszkoleni na bezwzględne maszyny, posłuszne rozkazom danym z góry.
Nie była to opinia. Był to fakt. 
Klawisz zrobił krok w przód, wypychając przed siebie więźnia w pomarańczowym kombinezonie. Był on pochylony, a jego zakute ręce były wygięte w taki sposób, że wyprostowanie się było dość bolesne. Zdjąwszy dwie srebrne bransolety z nadgarstków podopiecznego, strażnik wyszedł z celi i zatrzasnął jej drzwi, po czym upewnił się, iż są zamknięte, szarpiąc nimi kilka razy.
Mężczyzna rozmasował sine pręgi i wyprostował się, stając twarzą w twarz z nowym towarzyszem. Usta Michaela mimowolnie wykrzywiły się w uśmiechu.
— Widziałem sytuację ze stołówki — zaczął Clifford, siadając na twardym materacu swojej pryczy. — Cholera, w ten sposób długo tu nie posiedzisz.
— Nic mu nie zrobiłem.
— O tym mówię.
Ethan zmarszczył brwi, po czym usiadł na łóżku, które znajdowało się naprzeciw tego, które zajmował Michael. Nie potrafił zrozumieć sposobu, w jaki działało to miejsce. Wydawało się to oczywiste – przetrwają najsilniejsi, cała reszta zginie i nikt nie będzie wiedział gdzie i kiedy. Jednak to jest tak proste tylko wtedy, kiedy patrzy się na to z daleka, zza ogrodzenia, na filmie. Po wejściu w tryby więzienia, poznaniu jego rytmu, wszystko straciło sens. 
Mike westchnął.
— Uległeś po raz kolejny. Znowu sobie nie poradziłeś. Jak tak dalej pójdzie, pozbędą się ciebie — kontynuował z wyrzutem, wpatrując się wprost w oczy Rileya. — Jeśli nie załatwią cię więźniowie, zrobi to zakład. Wciąż się dajesz, nie walczysz, z litości cię sprzątną, a ty im jeszcze za to podziękujesz. Nie jesteś pierwszym, który starał się być bezkonfliktowy. I jeszcze żadnemu się to nie opłaciło.
— Więc co mam zrobić?
— Wstań.
Ethan podniósł się, patrząc z góry w oczy Michaela, a metalowy stelaż jego łóżka zaskrzypiał. Clifford również wstał,  jego posłanie wydało tak samo nieprzyjemne dźwięki. Mężczyźni byli niemalże równego wzrostu, postury również mieli podobne.
— Czemu nie walczyłeś?
Nastąpiła chwila ciszy, mężczyzna jakby zbierał odpowiednie słowa, układał je w głowie, tak by jego odpowiedź wyrażała dokładnie to, co miał na myśli.
— Nie spodziewałem się tego — przyznał Ethan, drapiąc się po karku. — Kiedy uzmysłowiłem sobie, co się dzieje, było już po wszystkim.
Michael przez kilka sekund milczał. Przyglądał się rozmówcy, zastanawiał się, studiował jego słowa, analizował je.
— Więc sądzisz, że gdybyś był na to przygotowany, dałbyś sobie radę? — zapytał ostrożnie, na co Riley niepewnie pokiwał głową. — Czyli gdybyś spodziewał się, że cię uderzę, zareagowałbyś, tak? Żadnego chowania głowy w piasek, pozwalania sobie na to, tylko walka, od której zależałoby twoje przetrwanie.
— Tak.
Odpowiedź padła niemal od razu. Ethan jej nie przemyślał, była ona spontaniczna i mężczyzna sam nie był pewien, czy tak właśnie by zrobił. Wiedział za to, że tak należałoby postąpić, że tak powinien był postąpić tego popołudnia.
Na tłumaczenia było jednak zbyt późno.
Opuściwszy wzrok, nowicjusz zauważył, że Michael zaciska pięść. Zszokowany ponownie spojrzał w jego oczy, ale nie znalazł w nich ani odrobiny zawahania. Minęła sekunda, może dwie, kiedy Ethan poczuł rozrywający ból związany z uderzeniem, które wycelowane było wprost w jego szczękę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz