7 lut 2017

Rozdział 6

Położył dłoń na zimnej ścianie, nieco krzywiąc się na uczucie wilgoci pod palcami. Zostały na nich resztki mokrego kurzu, który po chwili strzepał. Błądził po omacku przez pomieszczenie, coraz bardziej zdając sobie sprawę z jego wielkości. Robiąc trzy, może cztery kroki w głąb izolatki, dosięgnął jej kolejnej ściany, a szurając stopami po ziemi, znalazł materac, który miał mu służyć za łóżko przez kolejne siedem dni. Nie wyobrażał sobie tego tygodnia, był niemalże pewny, że nie wyjdzie stąd takim, jakim był w tamtej chwili.
Niepewnie usiadł na materacu, a ten ugiął się pod nim tak bardzo, że tak właściwie znajdował się na podłodze. Zimno przebiegało przez jego skórę w postaci dreszczy, powietrze przesycał zapach stęchlizny, która dusiła go przy każdym wdechu. Jednak w końcu zrozumiał słowa Myrtle i to, jak bardzo nie chciała mu mówić o tym, co miało nadejść. Sama świadomość tego, że będzie zamknięty w pomieszczeniu jeszcze mniejszym niż jego cela, bez nawet okna z tymi cholernymi kratami i łóżka sprawiała, że tracił zmysły. Ciemność, która go otaczała wydawała się bezkresna. Tonął w niej i nie mógł liczyć na ratunek. Musiał się z nią zmierzyć.
Problemem jednak było to, iż nie wiedział, w jaki sposób mógłby z nią walczyć. Tak właściwie borykał się sam ze sobą. Nie bał się tego mroku, bo gdzieś musi w końcu pojawić się światło, ale bał się tego, do czego może on go wpędzić. Jego myśli doprowadzą go do szaleństwa, prawdziwej pasji, a w najgorszym wypadku stanie się na tyle słaby, by słuch o nim zaginął.
Zdecydowanie nie chciał do tego dopuścić.
Postanowił dać swojej głowie odpocząć. Bolała go już od tłoku myśli. Michael przesunął dłonią po materacu, odnajdując na jego skraju niedużą poduszkę. Przyłożył do niej policzek, a ta zapadła się razem z jego prowizorycznym łóżkiem. Zaczynał tęsknić za swoją celą. W porównaniu do izolatki była ona wręcz przytulna.
Sięgając dalej, znalazł koc. Oczywiście, nie mógł liczyć na coś więcej, aniżeli poprzecierana, szorstka płachta, łatana zdecydowanie więcej niż jeden raz. Naciągnął na siebie materiał, jednak dreszcze wciąż zajmowały jego plecy, ramiona oraz brzuch. Zaczął pocierać dłonie, chcąc się w jakikolwiek sposób ogrzać, co nie dawało mu zbyt wiele. Wciąż trząsł się z zimna, a wilgotne powietrze jedynie potęgowało uczucie chłodu.
Mężczyzna nawet nie zauważył, iż u sufitu żółtym światłem zajarzyła się niewielka żarówka. Jej nikły blask ukazał wszystko, co pod osłoną ciemności chowały mury izolatki. Podrapane ściany, zdarty tynk, cierpienie, które obrazowały ściekające krople krwi. Te ściany znały więcej bólu, aniżeli cały ten ośrodek. Zmęczone szczątki dusz szukały jedynie brakujących części, tymczasem trafiały tu, by zatracić się kompletnie, bez reszty.
Dreszcze nie ustępowały, Michael niemalże czuł spowolniony puls swojego serca. Nie mógłby zasnąć, zbyt mocno skupiał się na wszechogarniającym go zimnie. Zrzucił z siebie łatany koc, pośpiesznie wstając z niewygodnego materaca. Potrzebował się ogrzać, inaczej nie odpocznie. Zaczął chodzić. Okrążał pomieszczenie, niczym uwiązany do kołka wbitego w środek betonowej podłogi, pocierał ramiona dłońmi, starał się skupić swoje myśli na wszystkim, byleby tylko nie na wszechobecnym chłodzie.
Czas zdawał się zniknąć, pochłonięty przez pustkę tego miejsca. Clifford wciąż maszerował po izolatce, ale jakby zgubił swój cel. Jego głowa była pusta, robił to automatycznie, nie zastanawiał się po co, zwyczajnie chodził. Nie czuł już chłodu, a perspektywa zniknięcia już nie wydawała mu się aż tak straszna. Jego zmęczony umysł nie dbał już o nic, potrzebował odpoczynku. Michael ponownie usiadł na materacu, ułożył głowę na poduszce i okrył się przetartym kocem. Dopiero po zamknięciu oczu zdał sobie sprawę z tego, jak ciężko było mu utrzymać je otwarte.
Minęła chwila, może dwie, a przynajmniej takie miał wrażenie, kiedy zamek zaczął trzeszczeć, a ciężkie drzwi ustąpiły. Do środka wlało się białe światło lamp, które umiejscowione były w całym korytarzu. Z cichym jękiem, Michael podniósł się ze swojego miejsca i mrużąc oczy, spojrzał na strażnika, który stał w progu. Na cementowej podłodze leżała taca z jedzeniem, które wydawało się wyglądać jeszcze gorzej niż zwykle. Jednak nie mógł wybrzydzać, nie miał w ustach niczego od dość dawna, nawet na widok tej ohydnej papki burczało mu w brzuchu. Mężczyzna sięgnął po nią i niepewnie zaczął jeść. Drzwi ponownie zostały zatrzaśnięte, a skrzypiącym zawiasom towarzyszył śmiech klawisza.
Czas ponownie zniknął w odmętach mroku, przecinały go jedynie blade wiązki światła żarówki. Przez kolejne dni Michael odmierzał go właśnie w ten sposób — rankami i wieczorami odwiedzał go ktoś, kto dawał mu jedzenie i wodę, gdzieś pomiędzy tym słyszał rozmowy z korytarza, za to nocami dobiegały go szmery, jakby ktoś szurał butami po cementowej posadzce. To wszystko składało się na rytm tego miejsca. Przez te dni dokładnie słyszał bicie serca domu czarnych dusz, zewsząd docierały do niego krzyki więźniów, zmęczone jęki strażników. Chwilami zastanawiał się, czy słyszy to wszystko naprawdę, czy jest to wytworem jego wyobraźni, której tęskno było do ludzi.
Jednak wychodząc, nie miał złudzeń — cały ten zewnętrzny świat uderzył w niego z nieoczekiwaną siłą, chaos wydawał się wszechobecny, z ciszą mógł się pożegnać na dobre. Otaczało go coś więcej, aniżeli cztery ściany, wilgoć i ciemność. Szedł przez korytarz, jego ręce miał zakute w kajdanki, a tuż przy jego boku szedł strażnik. Z początku nawet zacieniony korytarz był dla niego zbyt jasny. Mrużył oczy, gdyż białe światła lamp go oślepiały. Potrzebował chwili, by się do nich przyzwyczaić.
Został zaprowadzony wprost do wspólnego pomieszczenia. Panował tam dokładnie taki tłok, jaki zapamiętał. Okrągłe stoliki były oblegane przez ludzi ubranych w dokładnie takie same, ohydne kombinezony, więźniowie zajmowali dokładnie te same miejsca co zazwyczaj. Nie zmieniło się zupełnie nic, jednak nie spodziewał się, że będzie inaczej.
Kiedy ręce Michaela zostały uwolnione, nie czekał ani chwili, by manewrując między stolikami, dojść do tego, który zyskał miano jego. Zwykle siedział w nim sam, czasem po przeciwnej stronie przysiadł się ktoś, kogo nie postrzegał za wartego uwagi czy pamięci. Nie wyglądało na to, by cokolwiek się miało zmienić.
Subtelny uśmiech wpłynął na wargi mężczyzny, kiedy poczuł ciepło, które rozbiło się o jego skórę. Spojrzał w górę, dostrzegając nieduży wentylator wystający ze ściany. Przez ostatnie dni było mu tak zimno, chwilami miał wrażenie, iż zamarza. Dzięki przyjemnym podmuchom pozwolił sobie o tym zapomnieć. Poczuł się tak komfortowo, jak jeszcze nigdy w więzieniu i wcale nie wydawało mu się to dziwne. Do niedawna uważał, że dom czarnych dusz nigdy, ale to przenigdy nie stanie się jego domem. W pewien sposób się nie pomylił – nic nie byłoby w stanie zastąpić mu wieczorów, które spędzał wraz z siostrą na dywanie przy kominku, grając w warcaby. Dziewczyna była od niego parę lat młodsza i Michael nie potrafił powstrzymać śmiechu, kiedy ta tupała nóżkami przy każdej przegranej.
Więzienie w Goulburn nigdy nie będzie dla nikogo tym, czym dla Michaela były tamte chwile. Mimo to powoli utożsamiał się z tym miejscem. Krew na jego rękach zdawała mu się coraz bardziej widoczna, a winy nie usprawiedliwiało już nic. Miał mnóstwo czasu na przemyślenia i zobaczył wszystko to, co było błędne, a w co brnął na ślepo, w zupełnie innym świetle. Był przekonany o swojej racji, kiedy zaplanowanego morderstwa nie da się przedstawić tak, by mieć czyste sumienie – nic go nie usprawiedliwiało. By się do tego przyznać przed sobą, musiał spędzić mnóstwo czasu sam na sam ze swoimi myślami, musiał się z nimi nieprzerwanie męczyć, musiał być na nie skazany.
Wciąż uważał, że więzienie nie stanie się jego domem, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, iż należy do tego miejsca – czynem, winą, ale też każdą myślą. To więzienie było domem jego czynu, jego winy, jego każdej myśli, jego czarnej duszy.


:::


Michael czuł się wyjątkowo dobrze w swojej celi. Nie przeszkadzał mu już kurz, nie narzekał na stare i skrzypiące łóżko, a okno, w którym gościła żelazna krata, zdawało mu się wybawieniem. Teraz już doskonale wiedział, że może trafić w jeszcze gorsze miejsce, przez co nieco bardziej docenił to, co tu miał.
Usiadłszy na łóżku, przetarł oczy palcami, a ciche westchnienie opuściło jego usta. Wiele rzeczy miał zamiar zmienić, równie dużo poprawić. Zaczął już następnego dnia. Wchodząc na stołówkę, z wysoko podniesioną głową, spojrzał wprost w oczy więźnia, z którym ostatnimi czasy miał na pieńku. Postawny mężczyzna wciąż miał kilka siniaków i zadrapań widocznych na jego twarzy, jednak Michaelowi również ich nie brakło. Nie ważył się nawet mrugnąć, spuścić wzroku choćby na chwilkę.
Mijając go, usiadł przy stole, który zajmowali już inni skazani. Byli oni tym nieco zdziwieni, on sam nie do końca wierzył, że to zrobił. Jednak był to duży krok w stronę akceptacji. Nie potrzebował misternych planów, które obmyślał wieczorami w celi. Musiał jedynie spojrzeć w oczy jednemu z więźniów i odpowiedzieć na pytanie:
— Czemu tu jesteś?
I nie wahał się ani chwili. Wyrzucił z siebie wszystko to, co plamiło jego ręce krwią, pełnym pasji głosem zdradzał szczegóły zbrodni, powieka mu nawet nie zadrżała, kiedy opowiadał o chwili, w które serce jego ofiary przestało bić.
Po tym nastąpiła chwila ciszy, niepewność zakiełkowała w głowie Clifforda, strach ponownie rozlał się po jego ciele. Jednak mężczyzna, który siedział na wprost niego, w końcu przemówił, a jego słowa rozwiały wszelkie wątpliwości.
— Więc witaj wśród swoich, czarna duszo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz