5 lis 2016

Rozdział 3

Siedział na łóżku w swojej celi. Jego żołądek ściskał się na samą myśl o tym, że już do końca życia pisane są mu te cztery, brudne i szare ściany. Nie wyobrażał sobie kolejnej godziny tutaj, a co dopiero dnia, tygodnia, miesiąca czy roku. Los potrafi być prawdziwą suką – pomyślał, kładąc się na starym, wytartym materacu. Metalowy stelaż łóżka skrzypiał z każdym jego najmniejszym ruchem, a szczeble łączące lewą i prawą belkę wbiły się w jego plecy. Nie miał pojęcia, jak miałby spać na tym czymś. Jego adwokat zapewniał go, iż w Goulburn dbają o więźniów, zupełnie jakby nie było to więzienie. Zaśmiał się, przypominając sobie te, jak i inne słowa prawnika. Mężczyzna opowiadał, że mają niezbite dowody na to, iż Michael nie działał z premedytacją, dzięki czemu co najwyżej dostanie zawiasy. Obiecywał, że po procesie wróci do domu, porządnie się wyśpi i będzie mógł zapomnieć o przeszłości.
Gówno prawda.
Clifford doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że z góry jest skazany na przegraną pozycję. Wiedział to już w chwili popełnienia przestępstwa, wiedział to w areszcie śledczym, tak samo na sali sądowej, w drodze na swoją społeczną śmierć. Nie miał zamiaru okazywać skruchy, żalu za swoją winę, nie miał w planach przepraszać. Wiedział, że popełnił zbrodnię, którą z ogromną pogardą przypisywał mu prokurator. Nie próbował się wypierać, nie próbował zaprzeczać czy się tłumaczyć. To był fakt, a on to w pełni akceptował, chociaż w jego ciężkim sercu wciąż gościł ogrom żalu i niezaspokojona żądza zemsty.
Wziął głęboki oddech, nieco krzywiąc się na niewygodnym łóżku. On nie mógł spędzić tu kolejnych dni, po prostu nie. To nie miejsce dla ludzi, to miejsce dla potworów, bezdusznych bestii, hybryd człowieka i diabła, ale obiecał sobie, że się wydostanie. Zapewniał, że wróci z piekła na ziemię i dokończy to, co sobie poprzysiągł, znajdzie sposób, aby wyrównać porachunki, choćby miał po tym wszystkim zdechnąć w tych czterech brudnych ścianach.
Przetarłszy oczy, podniósł się z wytartego materaca. Był pewien, że metalowe szczeble zostawiły zaróżowione ślady na jego plecach. Westchnął cicho, stanął na równe nogi i się przeciągnął. Zaczął chodzić, tak po prostu. Krok po kroku poznawał te swoje metry kwadratowe, ten kurz na cementowej podłodze, który przyjmował jego ciężar jako odciski butów, ciężkie, metalowe kraty w niewielkim oknie, stalowe drzwi z elektrycznym zamkiem, to cholerne, piętrowe łóżko, kolejne takie na przeciwległej ścianie, haki i małe półki, które ledwie co trzymał się w sypiącym się tynku oraz nieduży stolik tuż obok jego spania, który pod blatem miał płytką szufladę. Nie było na nim nic, poza warstwą szarego, gryzącego pyłu, po prostu tam stał, złudnie zapełniając zimną i pustą celę.
Michael z powrotem usiadł na łóżku, ciągle było ono cholernie niewygodne. Złapał za małą gałkę przytwierdzoną do szuflady, po czym pociągną za nią, nieco krzywiąc się na rzęch starych, metalowych prowadnic. W środku niczego nie było, jednak czego on mógł się spodziewać? Szybko zasunął ją z powrotem, ponownie pogrążając się w ciszy. Była ona całkowita, nie mąciło jej nic, choć Michael pragnął, by zagłuszało ją chociaż tykanie zegara, dźwięk płynącego w ścianach prądu, bo oszaleje!
Westchnął i znowu się podniósł. Nie mógł tak siedzieć i nic nie robić, od zawsze miał pełne ręce roboty – za dzieciaka, wraz z młodszą siostrą, pomagali rodzicom w gospodarstwie, gdyż mieszkali wiele kilometrów od jakichkolwiek miast i musieli zapewnić sobie wszystko sami, hodując zwierzęta czy uprawiając warzywa i owoce, a kiedy w końcu założył rodzinę, ogrom czasu poświęcał pracy, aby zapewnić swojej żonie to, czego potrzebowała. Zrobiłby dla niej wszystko, za co przyszło mu płacić wysoką cenę.
Patrzył na ślady, które zrobił wcześniej, zduszając je następnymi, identycznymi odciskami podeszew jego butów. Rozcierał je, tworzył nowe, pokrywał kolejnymi, a potem wszystko od początku, i jeszcze raz, i kolejny. Bo co innego mógł robić? Będzie sam, dopóki nie przydzielą go do innego oddziału, albo nie wsadzą kolejnego więźnia do tej celi.
Mijały godziny – choć może były to tylko minuty? – podczas których Michael chodził bezcelowo po swojej celi. Kurz, który unosił się z każdym jego krokiem, osiadał na jego pomarańczowym kombinezonie. Wpadł w coś na kształt transu, który przerwał rzęch zamka i charakterystyczny dźwięk, towarzyszący otwieraniu ogromnych drzwi celi. W życiu nie był tak wdzięczny za widok strażnika więziennego. Clifford spojrzał na jego plakietkę, na której widniało imię Josh. Strażnik wyglądał na młodego, mniej więcej w wieku Michaela. Był blondynem, jego włosy były niemalże koloru pisaku, oczy chowały w sobie ocean. Sam sprawiał wrażenie sztormu, a Michael nie chciał się do niego zbliżyć. A przynajmniej nie teraz, kiedy pływał na drewnianej, spróchniałej łódce. Musiał znaleźć kogoś, kto weźmie go na solidny statek, aby zapewnić sobie przetrwanie na tej burzy.
— Zbieraj się, Clifford. — Powiedział od niechcenia, wyciągając zza paska u spodni kajdanki. Michael wstał, podszedł do niego i wyciągnął ręce przed siebie, a Josh zapiął na nich metalowe obręcze. Pociągnął za łańcuch, który je łączył, tym samym zaciskając je jeszcze mocniej. Mężczyzna nic nie powiedział, jedynie zacisnął zęby. Uznał, iż nie złamie się, nie ulegnie temu miejscu, nie pozwoli sobie zniknąć, jak ci wszyscy słabeusze.
— Gdzie mnie zabierasz?
— Po twoje rzeczy. — Josh wzruszył obojętnie ramionami, robiąc krok w tył. Niezbyt subtelnie pchnął ramię Michaela, tak by nieco się pochylił, prowadząc go wgłąb korytarza, tak samo odrażającego, jak jego cela.
Zakład karny składał się z trzech kondygnacji, w których znajdowały się cele, ułożonych promieniście względem budynku, który służył za miejsce odwiedzin, spędzania wolnego czasu przez więźniów, w którym znajdowały się biblioteka, pomieszczenia gospodarcze, pielęgniarki.
Każda z kondygnacji skrywała inny sekret – pierwsza chowała w sobie tych najgorszych pseudoludzi, którzy ze stuprocentową świadomością niszczyli ofiary w niezwykle powolny, pełen bólu sposób. Znajdowały się tam również potwory, które bez mrugnięcia powieki, z zimną krwią, bez wyrzutów sumienia, w kilka chwil zastrzeliły dziesiątki niewinnych.
W drugiej umieszczeni byli ludzie, którzy podobno żałowali swoich czynów. Zarzekali się w sądzie, iż gdyby mogli cofnąć czas, postąpiliby inaczej, nie odebraliby życia nawet największej zakale ludzkości.
Jednak ile miało to pokrycia z prawdą? Tylko im dane było to wiedzieć.
Trzecia to byli ci, którzy winy mieli średnie. To właśnie była część zakładu, której przeznaczony był Michael Clifford. Ludzie tam dopuścili się zbrodni, która plamiła ich sumienia, jak krew ofiar ich ubrania, jednak nie były to plamy takie, jak na rękach człekokształtnych, którzy ulokowani byli na drugim końcu więzienia.
Cóż, to była tylko teoria, gdyż w praktyce wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
Josh zaprowadził więźnia do serca placówki, gdzie czekał na Clifforda worek opatrzony jego nazwiskiem. Mężczyzna złapał za sznurek, którym przewiązana była góra pakunku, i rozwiązał go. Kiedy materiał opadł na boki, ujrzał w nim kilka rzeczy, takich jak jeszcze jedna para butów, drugi uniform i ubrania cywilne, w których siedział w areszcie śledczym.
— Tylko tyle? — spytał, biorąc w skrępowane dłonie swoje rzeczy.
— A czego oczekiwałeś? To więzienie, nie wczasy — prychnął Josh i spojrzał drwiąco na swojego podopiecznego. Michael jedynie przełknął ślinę, usilnie dusząc w sobie chęć zmiażdżenia krtani strażnika.