26 wrz 2016

Rozdział 2

Nie powinien tego mówić, ale nie mógł się powstrzymać. Tak bardzo pragnął nie tylko to powiedzieć, ale niemalże wykrzyczeć każdemu z tych ludzi prosto w twarz, wpatrywać się wprost w oczy każdego z nich, wrzeszcząc jak wielkie winy ciążą na ich sercach i to z jak błahych powodów. Różnica między nim, a tym więźniem była tak wyraźna, że musiał mu ją wypomnieć. Chciał wykrzyczeć całemu światu, że nie pasuje do tego świata, że nie jest jak ci wszyscy, którzy tu trafili, że on nie jest bezduszną istotą, że nie działa bezmyślnie, byleby tylko zadać jak najwięcej bólu, że ma uczucia. Jednak czy to nie było to, co sprawiało, że ludzie z jeszcze większą determinacją przypisywali go do tego miejsca? Niemalże każdy w tym ośrodku zapierał się, że trafił tu przypadkiem, przez co z jeszcze większą siłą miał doczepianą plakietkę "kryminalista". W końcu to brzemię stawało się codziennością, która z każdym dniem przeistaczała się coraz cięższą.
Jednak Michael nie chciał, by to spoczywało na jego barkach. Chciał sprawiedliwości, która w skutkach okazała być się tak ciężka, że już na początku miał ochotę za wszelką cenę się jej pozbyć. Jednak kiedy to sobie uświadomił było zbyt późno, winy ciążyły na nim tak mocno, że mógł jedynie paść na kolana pod ich naciskiem.
Ale pamiętał, że nie trafił tu jako seryjny morderca, istota będąca człowiekiem jedynie z wyglądu. Trafił tu jako strateg, którego ręce brudziła krew tylko jednego człowieka. Nie był z tego dumny. Nie mógłby być dumny z tego, że zakończył życie niewinnej osoby. Jednak każda wojna niesie ofiary, a już w szczególności ta, w której twoim sojusznikiem jest zemsta.
Starał się jak najlepiej zamaskować swój strach. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której by uległ presji i okazał uczucia, gdyż wtedy każdy bez problemu by go zdominował. Dlatego bez nawet mrugnięcia wpatrywał się w oczy swojego rozmówcy. Jego słowa go rozwścieczyły - zaciskał on szczękę, co sprawiało, iż jego rysy były jeszcze wyraźniejsze, szybko oddychał, jego nozdrza poruszały się przy każdym wdechu i wydechu - głębokim, dokładnym, jakby w ten sposób było mu łatwiej panować nad żądzą rozlewu krwi. Michael niemalże słyszał jego puls - bardzo szybki, nierówny stukot w piersi tyrana bębnił w jego uszach. A może to jego?
Strażnicy zauważyli, że coś jest nie tak. W pełnej gotowości, zaczęli przechodzić między stolikami, co jedynie zmotywowało tyrana do działania.  Cała scena miała może kilka sekund – mężczyzna gwałtownie wstał, chwycił za kołnierz uniformu Michaela, po czym cisnął nim o blat stolika, przy którym siedział. Chwilę później zaciskał ręce na szyi Clifforda, z ogromną radością patrząc jak jego twarz z każdą chwilą blednie.
Jednak Michael nie miał zamiaru poddać się bez walki. Oczywiście, nie miał większych szans w starciu z tym potworem, jednak mógł walczyć o chociaż najmniejszy oddech, czekając aż policjanci odciągnął go od niego. Wyciągnął ręce przed siebie, po czym zaczął uciskać krtań swojego oprawcy. Precyzyjnie szukał miejsca, które chociaż ograniczy dopływ tlenu w jego płucach. W pierwszej chwili uścisk na jego własnym gardle stał się silniejszy, coraz trudniej było mu złapać choćby opary powietrza, ale w końcu zelżał, by nareszcie zniknąć całkowicie.
 — Steven, uspokój się! — wrzasnął jeden ze strażników, mocno szarpiąc za bark brutala. Dwaj silni mężczyźni mieli problem z utrzymaniem tej bestii. Każdy z jego ogromnych mięśni wciąż pulsował, a jego gardło rozdzierały krzyki "rozszarpię cię! Zabiję!"
A Michael?
Ciężko dysząc, starał się złapać oddech, a kiedy już mu się to udało, spojrzał na Stevena. Nie chciał mu pokazać, że się bał, a wręcz był przerażony, choć z drugiej strony nie był w stanie patrzeć mu w oczy.
— Zniszczę cię! Zobaczysz, nie będziesz mieć tu życia! Będziesz błagał o szybką śmierć!
Policjanci mieli coraz większe problemy z utrzymaniem go, więc jeden z nich sięgnął po paralizator. Niemalże chwilę po tym, jak urządzenie zetknęło się z szyją przestępcy, przestał on stawiać opór. Ogromne cielsko opadło bezwładnie na brudną, betonową podłogę tuż u stóp Michaela.
Dziesiątki wyłupiastych, przekrwionych oczu skupiły się na jego osobie. Czuł się z tym nieswojo. Nie wiedział co zrobić czy powiedzieć. Po prostu stał, patrząc jak dwaj mężczyźni w granatowoniebieskich mundurach podnoszą za ramiona Stevena i ciągnął do wyjścia z sali.
 — Nawet godziny tu nie spędziłeś, a już robisz problemy — zadrwił ktoś za jego plecami. Odwróciwszy się, ujrzał jednego z więźniów. Tak samo ohydnego i odrażającego jak ten, którego kilka chwil temu wyniesiono nieprzytomnego.
 — I co z tego?
 — Steven nie rzucał słów na wiatr. Ludzie tutaj są bardzo solidarni. Zadrzesz z jednym, a wraz z resztą zgotuje ci tu istne piekło. Znikniesz stąd tak szybko, jak ci wszyscy zapomniani słabeusze i buntownicy. Nie rób sobie z nas wrogów, bo siedzisz w tym gównie tak samo głęboko jak my.
Michael zmarszczył nieznacznie brwi. Mężczyzna chciał go ostrzec? A może zastraszyć?
 — Czyli co mam zrobić?
 — To, co uważasz za słuszne. — Wzruszył ramionami, odwracając się w stronę, z której przyszedł. — Ale wiedz, że lepiej być z nami, a nie przeciwko nam. — Więzień skwitował swoje słowa, po czym po prostu odszedł.