6 wrz 2016

Rozdział 1




Było to jedno z tych miejsc, które prześladowały cię tylko w najczarniejszych koszmarach czy najstraszniejszych horrorach. Jednakże kiedy tam trafiłeś miałeś wrażenie, że nocna mara przedstawiała je jak przytulną chatkę, w której mieszkała przyjazna starsza pani, a straszny film ukazywał niczym wzgórze, o którym krąży jedynie jakaś legenda przyciągająca spragnione przygód dzieciaki.
Zadaniem tego miejsca było odseparowanie największych zbrodniarzy kontynentu australijskiego od pozostałej części społeczeństwa. Miało ono zapewniać bezpieczeństwo obywatelom, tak by nie bali się oni wypuszczać swoich pociech każdego ranka do szkoły, sami nie mieli obaw przed wyjściem z domu.
Więzienie w  Goulburn dawało namiastkę tego bezpieczeństwa. Zwane było ono Domem Czarnych Dusz, gdyż ci, którzy tam trafiali, byli jedynie istotami człekokształtnymi, najprawdziwszymi potworami w ludzkiej skórze, których ofiary były niemalże przypadkowe. Położenie placówki dawało kolejny powód, by mieszkańcy Australii mogli czuć się pewnie w swoim otoczeniu - daleka północ, niemalże całkowite pustkowie, odseparowane od ludzi. Kolejnym atutem tego miejsca były zabezpieczenia - solidne, metalowe kraty, elektroniczny system zamków, który bez zdjęcia zabezpieczeń nie wypuszczał nikogo z celi, wszechobecny monitoring i wyspecjalizowany personel miały spotęgować złudne bezpieczeństwo.
Jednakże trafiali tam również ludzie, których sumienia były czystsze, lżejsze grzechy spoczywały w ich sercach. A do takich ludzi należał Michael Clifford.
Nie był jak ci pseudo-ludzie, którzy bez żadnych, nawet najmniejszych skrupułów, bez drgnięcia powieki, bez ukucia żalu w sercu mordowali dziesiątki ludzi, często przypadkowych, bo po prostu mieli taki kaprys.
Wszystko, co łączyło go z tymi niby-ludźmi to fakt, że zabił człowieka, przeciął tą cienką linię zwaną życiem. Nie był potworem, a przynajmniej nie w tak oczywisty sposób, jak większość w Domu Czarnych Dusz. Był potworem, bo skrywał w sobie wiele demonów.
Wydawało mu się, że nie potrzebuje pomocy, poradzi sobie z nimi. I radził sobie przez jakiś czas. Był na tyle silny, by je skutecznie zagłuszać, tłamsić je w sobie, ale był tylko człowiekiem i nie zawsze dawał sobie z nimi radę.
Przyszedł czas, kiedy całkowicie opadł z sił, wycieńczony walką poddał się, podniósł białą flagę i wystawił się jak na tacy swoim demonom.
A one nie czekały. W mgnieniu oka przejęły nad nim kontrolę, a Michael nawet nie protestował. Oddał im się ciałem, jak i duszą, bez reszty. Każdy z nich osobno, jak i wszystkie razem zniszczyły go doszczętnie, by następnie zesłać go do najmroczniejszych czeluści Tartaru.
Jak sam mawiał - trafił do piekła, bo zbytnio upodobnił się do ludzi, którzy byli diabłami na ziemi.
Jednakże nawet to miejsce, tak beznadziejne, tak cholernie ciemne, ta bezdenna, pełna mroku przepaść nie zdołała go doszczętnie złamać, gdyż gdzieś wewnątrz wciąż znajdowała się drobna iskierka czegoś, co było w nim najlepsze. Potrzebował tylko motywacji, by to, co się w nim tliło przeistoczyło się w ogromny ogień, który byłby w stanie strawić wszystko, co stanie mu na drodze do celu.
Tak więc zapowiadała się bardzo długa droga.


:::


Dzień pracowników zakładu karnego w Goulburn zaczynał się swego rodzaju rytuałem: o godzinie szóstej jedni funkcjonariusze kończyli nocne zmiany, by następni mogli objąć swoje stanowiska. Tak więc już o godzinie 5:30 przychodzili oni do pracy, by wypić poranną kawę czy dokończyć śniadanie. Dzień zapowiadał się być tak samo długi i męczący, jak każdy poprzedni w tym miejscu. Jednakże ten dzień miał również być odskocznią od rutyny Domu Czarnych Dusz, a przynajmniej w minimalnym stopniu.
Wśród więźniów panowała zwyczajowa atmosfera - jeden przez drugiego posyłali sobie spojrzenia, które w niemy sposób krzyczały "moja zbrodnia była większa! Strzeż się!", chcąc wywołać w reszcie jak największy strach, niemalże panować w tym więzieniu.
Był to ich taki osobny świat, po wielu latach spędzonych w tym miejscu zakład ten stał się dla nich niemalże domem. Walczyli o dominację, miejsce w hierarchii i niestety, ale niektórzy z więźniów byli z góry skazani na jej samo dno.
Jedną z takich osób był Michael Clifford.
Kiedy tylko ogromne auto policyjne przejechało przez bramę wjazdową, trzech funkcjonariuszy policji wyszło na zewnątrz, by przejąć nowego podopiecznego. Ciężkie, metalowe kajdany wydawały nieprzyjemny dla ucha dźwięk przy każdym kroku nowego więźnia. W chwili, w której dwaj strażnicy wprowadzili go do sali wspólnej, setki dużych, wyłupiastych, pustych oczu skupiła się na jego sylwetce.
Faktem było, iż nie zaliczał się on do tych najpostawniejszych w tym miejscu, co nawet mu odpowiadało - patrząc na nich miał wrażenie, że są oni maszynami, którym ktoś wbił do systemu polecenie "nabieraj siły i niszcz, zabijaj". Jednak również nie należał do słabeuszy, którzy nie wytrzymując psychicznie atmosfery tego miejsca po prostu ginęli bez wieści. Jaskrawo pomarańczowy uniform dobrze przylegał do jego dużych, typowo męskich barków, za to stosunkowo luźno zwisał na jego wąskich biodrach, chowając dość wyraźne zarysy mięśni na jego brzuchu. Nieco przydługie włosy opadały na jego czoło, chowając oczy, które czasem błyszczały na szaro, a innym razem emanowały zielenią i brązem. Jego policzki i brodę pokrywał delikatny zarost, dodający mu charakteru i powagi.
Strażnik, który go wprowadził do budynku, szarpnął do przodu jego ramię, chcąc w ten sposób okazać swoją wyższość nad Michaelem. Dumnie wypinając pierś, pchnął więźnia na jedno z wolnych miejsc, niemalże całkowicie odseparowanych od reszty więźniów, jednak nie narzekał na to. Po prostu siedział i czekał aż będzie mógł iść w końcu do celi.
Położył dłonie na blacie niewielkiego stołu i zaczął się im przyglądać.  Widać było dość wyraźnie, że były zniszczone przez wiele lat ciężkiej, sumiennej pracy. Pokrywały je podłużne, wypukłe blizny, kurz, rozległe, poszarpane ślady po oparzeniach. Następną rzeczą rzucającą się w oczy były sinoczerwone pręgi na jego nadgarstkach. Nabawił się ich poprzez próbę zerwania z siebie kajdanek. Wierzył, że mu się to uda, miał nadzieję, że będzie mógł wrócić do normalnego życia. A wszystko, co mu po niej zostało to dwa, znikające już ślady. Kolejna rzecz, jaka się w nim odznaczała to złota obrączka, która już straciła swój blask. Patrząc na nią czuł coś, co można by porównać do setek igieł wbijanych w jego serce, jednakże zaraz po tym przychodziła swego rodzaju duma i nie potrafił się jej pozbyć. Przetarł pierścionek palcem, chcąc oczyścić go z sadzy, która odbierała mu połysk. Nie dało to jednak zbyt wiele.
—  Ej ty! Młody!  —  usłyszał za plecami niski, przepełniony goryczą głos. Powoli odwrócił głowę, spotykając się twarzą w twarz z jednym z więźniów. Jego tłuste, dość długie włosy o kolorze smoły były związane kawałkiem sznurka z tyłu jego głowy, a kilka krótszych kosmyków okalało jego twarz, co w połączeniu z ogromną blizną, ciągnącą się przez jego nos i prawy policzek oraz kurzem spływającym wraz z potem z jego skroni, sprawiało że wyglądał on nie na zwykłego więźnia, a człowieka, który zbiegł z wariatkowa. Pierwsze, co Michael o nim pomyślał, to że nie chciałby spotkać się z nim w nocy, a zwłaszcza w ciemnej uliczce i to kompletnie sam.
— Tak? —  spytał neutralnie, starając się przełknąć ogromną gulę rosnącą w jego gardle.
— Za co ciebie wsadzili? — zapytał, oblizując swoje spękane, wyschnięte wargi.
— Za coś, czego tobie brakuje, a ja mam aż w nadmiarze.
— Czyli?
— Rozum, spryt i ludzkie odruchy.

1 komentarz:

  1. Ostatnie zdanie mnie rozbawiło. ;) Brawo, Michael!
    Nie bardzo wiem, co mogłabym ci tu napisać, w końcu to dopiero wstęp, wprowadzenie do akcji... Fajnie przedstawiłaś atmosferę więzienia, takie pierwsze i ogólne wrażenie o tym miejscu. Mam nadzieję, że w kolejnych rozdziałach pokażesz tę atmosferę w praktyce, że da się ją odczuć. No i hej, propsy dla ciebie za osadzenie akcji w takim miejscu. Pisanie tego aby miało ręce i nogi musi być czasochłonne i wymaga pewnie wiele czasu. Fajnie, że nie poszłaś na skróty i nie piszesz czegoś typowego, tylko tworzysz coś, czego dotąd w ff nie czytałam. ;)

    Buziaki,
    a ja idę czytać dalej ;)

    OdpowiedzUsuń